9. Jak nie pokazać, że bohaterka jest czarna: czyli okładkach i reprezentacji

Miałam kiedyś klientkę, której książka była zbiorem historii Afroamerykanek, które mimo trudnego dzieciństwa osiągnęły sukces. Każda historia była poruszająca, a całość nierozerwalnie związana z kwestią rasową, i do kobiet o ciemnych kolorze skóry raczej kierowana – naturalnie zaproponowałam więc wstępną wersję okładki, na której widać było twarz czarnoskórej kobiety. Klientka, choć propozycja faktycznie jej się spodobała, odrzuciła ją. Dlaczego? Ponieważ zależało jej na tym, żeby książka dobrze się sprzedała, a w amerykańskim środowisku wydawniczym wciąż pokutuje czasem pogląd, że pozycje, na których okładkach widnieje postać inna niż biała, schodzą z półek księgarni zauważalnie gorzej.

Sytuacja ta miała miejsce już kilka dobrych lat temu, i jeśli przyjrzymy się rynkowi dzisiaj – szczególnie jeśli chodzi np. o książki Young Adult, w kontekście których ten problem bywa najgłośniej omawiany – zauważymy na nim trochę zmian. Ostatnimi czasy coraz większa ilość autorów i autorek nie-białych przebija się do głównego nurtu i wygrywa „duże” nagrody, takie jak np. w fantastyce Hugo czy Nebula, z dużym sukcesem proponując czytelnikom historie inne niż te dominujące, zachodniocentryczne.

Jak nie pokazać, że bohaterka jest czarna

Na początku zeszłej dekady jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej – w 2009 roku np. głośny był w sieci przypadek książki „Liar” („Kłamca”) australijskiej autorki Justine Larbalestier, wydanej przez wydawnictwo Bloomsbury. Nastoletnia protagonistka książki jest otwarcie opisywana jako czarnoskóra, z naturalnymi, kręconymi włosami. Pierwsza wersja „Kłamcy” nie odzwierciedlała tego jednak w ogóle, a okładkę zmieniono dopiero po wybuchu małego skandalu.

Okładki książek "Liar" Justine Larbaleister.

Pokazanie na okładce postaci białej mimo, iż nijak ma się to do faktycznej treści książki, to tak zwany „whitewashing” – czyli wybielanie. Przydarza się to jednak nie tylko postaciom czarnoskórym, ale też wywodzących się z innych grup etnicznych – np. główna bohaterka serii Kelly Armstrong, „Darkness Rising”, jest rdzenną Amerykanką:

Okładki "Darkness Rising" Kelly Armstrong.

Bohaterka „Daughter of the Centaurs” z kolei pochodzi z Afryki i jest wielokrotnie opisywana jako ciemnoskóra, a w „The Immortal Rules” przewodzi Azjatka.

Okładki książek YA.

Jednym z dość znanych przypadków wybielania są książki Ursuli Le Guin – a mianowicie cykl „Ziemiomorze”, które wielokrotnie wydawane były w okładkach, na których główny bohater – Ged – jest wyraźnie biały. Problem w tym, że w trakcie czytania możemy wielokrotnie dowiedzieć się, że jego skóra jest „czerwonobrązowa”, a sama autorka nie raz potwierdzała, że zmienianie tego wcale jej się nie podoba. Mimo tego, kiedy kanał SyFy wyprodukował mini-serial na podstawie jej książek, postaci znowu wybielono – na co Le Guin odpowiedziała głośnym artykułem na łamach Slate ([klik]). Autorka potwierdza w nim, że casting przeprowadzono bez jakichkolwiek z nią konsultacji, i wspomina też swoją reakcję na widok pierwszych wydań „Ziemiomorza”:

Na okładkach moich książkek Ged z białą twarzą jest kłamstwem, zdradą – zdradą w stosunku do samej książki, jak i potencjalnego czytelnika.”

Zdjęcie promocyjne serialu "Ziemiomorze".

Co natomiast, jeśli nie chcemy być aż tak bezczelni i jawnie zmieniać koloru skóry bohatera? Otóż możemy pokazać postać oświetloną i upozowaną na okładce w taki sposób, żeby ta cecha zupełnie nie była widoczna, nawet, jeśli jest ona precyzyjnie określona w książce, a nawet w jakiś sposób ważna dla fabuły.

Okładki książek YA.

Inną metodą, która z jakiegoś powodu dość często używana jest w przypadku książek z nie-białymi postaciami, jest pokazanie jedynie zarysu sylwetki:

Okładki książek YA.

Ale dzisiaj jest lepiej…

Owszem – ale nie do końca. W zeszłym roku Jenny Kimura, projektantka książek, przeprowadziła badanie, w którym spojrzała na ponad 1400 okładek książek Young Adult, i porównała widoczne na nich postaci z lat 2014 i 2018.

Wykres pokazujący pochodzenie etniczne postaci na okładkach książek YA z 2014 i 2018 roku.
Źródło: Jenny Kimura, Where Are All the People of Color on Young Adult Book Covers?, https://diversebooks.org/diversity-and-visibility-in-young-adult-cover-design/

Jak widać, sytuacja nieco się zmieniła – białe postaci wciąż zajmują podobny segment rynku, natomiast bardzo mocno spadła ilość książek z postaciami rasowo nieokreślonymi – z 25% do 10,5%. Coraz większa liczba wydawców przestaje się też bać pokazywania na książkach postaci Afroamerykanów czy Azjatów.

Patrząc jednak na te liczby całościowo, to ilość nie-białych postaci na okładkach to wciąż mniej niż 20%. Faktyczna struktura amerykańskiego społeczeństwa wygląda trochę inaczej – wedle danych z United States Census Bureau nie-biali Amerykanie to około 24-25% populacji. Podsumowując – nie jest idealnie, ale jesteśmy na dobrej drodze.

Wyjaśnijmy to sobie

Jednym z często powtarzanych argumentów mających „wyjaśnić” mniejszą ilość książek z nie-białymi bohaterami na okładkach – ale też nie-białymi bohaterami w ogóle – jest to, że może to po prostu nie-biali autorzy piszą zwyczajnie mniej.

Odpowiedź na ten argument jest dosyć skomplikowana, a jednym z podstawowych problemów jest tutaj fakt, że nie-białym twórcom dużo trudniej jest w ogóle książkę opublikować. Jednym z elementów mających na to wpływ jest fakt, że lwia część osób pracujących w amerykańskim (ale też np. brytyjskim) sektorze wydawniczym i decydujących o tym, czyje historie ujrzą światło dzienne, a czuje nie, jest właśnie biała – zależnie od źródła, na które spojrzycie, będzie to 80-95%. Nie mam tu na myśli wcale tego, że wszyscy biali ludzie to rasiści z premedytacją strzeżący wydawnictw przed kimkolwiek odmiennym, ale raczej fakt, że uprzedzenia rasowe bywają też często nieświadome – i to też może wpłynąć w sporym stopniu na decyzję o publikacji. Na przykład Malorie Blackman, brytyjska autorka książek dla dzieci, wspomina w artykule „Guardiana”, że kiedy w trakcie negocjacji dotyczących wydania jednego ze swoich dzieł wspomniała, że wśród dzisiejszej brytyjskiej młodzieży około 20% to członkowie mniejszości etnicznych, usłyszała: „A oni w ogóle czytają?”.

No właśnie – kolejnym ciężkim do rozbicia stereotypem mającym duży wpływ na to, kto może opublikować książkę, jest też przekonanie, że „czarni ludzie nie czytają”. Nie jest to prawdą – w 2013 roku, jak podaje PEW Research Center, przynajmniej jedną książkę przeczytało 81% Afroamerykanów, w porównaniu z… 76% białych. Mit ten jest jednak tak głęboko zakorzeniony, że wpadka przydarzyła się podobno nawet Joe Bidenowi, który miał powiedzieć na prywatnym spotkaniu, iż częścią problemu z poziomem edukacji wśród czarnych społeczności jest to, że „czarni rodzice sami nie potrafią czytać ani pisać”.

Co ciekawe, jak zauważa blog Book Smugglers, książki z nie-białymi postaciami też często pisane są właśnie przez białych autorów. Naprawdę duży problem wydaje się pojawiać dopiero wtedy, kiedy to nie-biały autor chce wydać książką z nie-białą postacią, co nasuwa wniosek, że świat wydawniczy wciąż ma jednak problem nie tylko z kolorem skóry samych postaci, ale też ich twórców.

A może w drugą stronę?

Jako przykład odwrotności całego tego zjawiska można też podać niedawną wpadkę wydawnictwa Barnes & Noble. W ramach świętowania Black History Month (miesiąca, w trakcie którego w Stanach wspomina się ważne postaci i wydarzenia dla społeczności Afroamerykanów) zdecydowano się opublikować klasyczne historie – takie jak „Piotruś Pan”, „Frankenstein” czy inne – z czarnymi postaciami na okładkach. Problem w tym, że prawie wszystkie wspomniane książki są napisane a) przez białych autorów, b) mają białe postaci. Posunięcie to odbiło się szerokim echem w mediach i wzbudziło sporo oburzenia – urażeni poczuli się zarówno biali, jak i czarni. L. L. McKinney, autorka książek urban fantasy, określiła je nawet jako „literacki blackface” (czyli stereotypowy, prześmiewczy makijaż odwołujący się do uprzedzeń wobec Afroamerykanów, uważany z obraźliwy).

Barnes&Noble szybko wycofało książki z dystrybucji. Jak widać – można przesadzić i w drugą stronę.

Zdjęcie okładek przerobionych klasyków Barnes & Noble z okazji "Black History Month".
Barnes & Noble, „Diverse Editions”, https://eu.usatoday.com/story/entertainment/books/2020/02/07/barnes-noble-criticized-literary-blackface-diverse-editions-covers/4692233002/

Ode mnie

Osobiście lubię zarówno tradycyjne okładki, na których widać postać, jak i te rysowane i artystyczne, na których nie jest ona do końca widoczna/określona. Dane, które wam pokazuję, warto jednak rozpatrywać w kontekście amerykańskiego rynku, na którym wiadomym jest raczej, że książki z postaciami, których twarz jest widoczna, sprzedają się lepiej (jeśli nie czytaliście, to [tu] pisałam o różnicach w podejściu do designu książek między różnymi nacjami). Całość problemu z nie-białymi autorami i postaciami w USA jest jednak dosyć mocno skomplikowana, więc jeśli temat was zainteresował – zachęcam do poczytania źródeł. A czemu w ogóle piszę o USA? Bo lwia część moich projektów jest właśnie na tamtejszy rynek przeznaczona, przez co znam o nim sporo więcej ciekawostek, niż np. o polskim, od którego trzymam się raczej z daleka.

Źródła

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Panna Kajka

    Wspominałam już, że jesteś kopalnią interesujących wpisów? Chyba nie wspominałam, to wspominam teraz 😉
    A tak na serio – nigdy nie zastanawiałam się nad tym aspektem książkowej okładki, zwykle oceniając ją pod kątem „ładna/brzydka/niepasującadoniczegooboziuktotowypuścił!”, więc fajnie jest uzupełnić swoją wiedzę 🙂 Przyszła mi też na myśl sytuacja z postacią Hermiony, a konkretnie kontrowersje dotyczące obsady teatralnego „Przeklętego Dziecka”. Może nie dotyczy to stricte okładek, ale miewam swoje skojarzenia 😉 Krzyk jaki się podniósł, gdy obsadzono Nomę Dumezweni w roli Hermiony dla mnie był po prostu niezrozumiały, bo, mimo ekranizacji, po lekturze książek w pamięć zapadła mi scena z przygotowań do balu w trakcie Turnieju Trójmagicznego, gdy Hermiona miała problem z ułożeniem kręconych włosów, aż sięgnęła po specjalny preparat, aby je wygładzić. – może to wpływ kultury amerykańskiej, ale skojarzyło mi się to z latami 60. i później, gdy noszenie naturalnej, afroamerykańskiej fryzury było aktem politycznego zaangażowania, w przeciwieństwie do lat wcześniejszych, kiedy, chcąc stać się częścią społeczeństwa osoby ciemnoskóre często na siłę prostowały włosy, aby upodobnić się do białych Amerykanów. Podobne niezrozumienie tematu pojawiło się przy okazji oscarowego, krótkiego metrażu animowanego „Hair Love”. U nas jest dość wyśmiewany, jaka bzdurna opowiastka o ojcu, który nie potrafi uczesać córki, za Oceanem zaś właśnie przez symbolikę ciemnych, kręconych włosów i problemu z uczesaniem ich (czyli, tak naprawdę, odwróceniu się od własnych korzeni, by przynależeć do społeczeństwa białych, heteroseksualnych robotników – bo to jest jednak główna tkanka społeczeństwa amerykańskiego) doceniony i odczytany na zupełnie innej płaszczyźnie…
    Ale. Chyba odjechałam od tematu 😉

    1. Marta

      Ojej, dziękuję bardzo <3
      Brytyjskie produkcje, szczególnie teatralne, już w ogóle rządzą się swoimi prawami - tam kolor skóry ma zero znaczenia, więc jeszcze kwestia niezrozumienia tego dochodzi poza zwykłym rasizmem. Z kolei my z osobami o innym kolorze skóry z racji jednak mocno homogenicznego społeczeństwa mamy na tyle mało takiego codziennego kontaktu, że często naprawdę zupełnie nie rozumiemy specyfiki takich kwestii jak np. właśnie kwestia włosów, i wydaje się nam to dziwacznym robieniem problemu z niczego. A jest masa elementów codzienności, które dla nas są oczywiste, a dla kogoś w innej sytuacji będą powodować konieczność podporządkowania się do defaultu definiowanego przez większość. IMO właśnie fajnie poczytać o takich rzeczach, trochę się inaczej potem patrzy na niektóre sprawy. 🙂

Dodaj komentarz