10. Czy trzeba coś przeżyć, żeby to opisać?

Jedną z najczęściej powtarzanych rad dla początkujących pisarzy jest “write what you know” – czyli, luźno tłumacząc: “pisz o tym, co znasz”.

Rada ta, choć wynikająca często z dobrych intencji, bywa używana do zniechęcenia ludzi do pisania na przykład fantastyki, albo, szerzej, do umieszczania jakichkolwiek bardziej niecodziennych wydarzeń w tekstach. Życie przeciętnego Europejczyka wygląda jednak dosyć podobnie, niezależnie od tego, czy mieszka on w Polsce czy w Hiszpanii (biorąc pod uwagę naturalnie czas zwyczajny, a nie czas zarazy…) – wstaje, je śniadanie, idzie do pracy, wraca z pracy, ogląda jakiś serial na Netfliksie, rozmawia z rodziną, idzie spać, powtórz. Gdybyśmy, tworząc, opisywali więc jedynie rzeczy, których sami doświadczyliśmy, ilość fabuł i zwrotów akcji byłaby dosyć ograniczona – poza tym, do czegoś w końcu wyewoluowaliśmy w sobie zdolność abstrakcyjnego myślenia, a z tym – wyobraźnię.

“Pisz o tym, co znasz”, ma jednak też swoje dobre strony w przypadku młodych twórców – traktowane nie do końca dosłownie, pozwala uczyć uważniejszego przyglądania się rzeczywistości i znajdowania niezwykłego w zwyczajnym. Nagle okazuje się, że kot przechodzący przez ulicę może stać się dla czytelnika metaforą losu ludzkiego (przykład z autopsji – tak interpretowano np. moje pierwsze “poważniejsze” opowiadanie), a kobieta nerwowo bawiąca się bransoletką w przychodni u lekarza nieświadomie zostaje inspiracją do napisania fajnego tekstu. Jeśli pozwolimy sobie na obserwowanie przechodniów i damy pole do popisu luźnej interpretacji przypadkowych, wydawałoby się, zdarzeń, niekiedy jesteśmy w stanie wykreować magię z codzienności – nawet bez udziału czarodziejów i smoków.

Jeśli jednak intepretować tę radę w stu procentach na serio, to wszystkie właśnie smoki czy zaklęcia powinniśmy wyrzucić do kosza; tak samo pewnie powieści historyczne, większość romansów, a nawet kryminałów – prawo do tych ostatnich przyznawalibyśmy może nielicznym. Chyba zgodzicie się ze mną, że takie podejście jest absolutnie bez sensu, ale z drugiej strony – czy istnieją rzeczy, których faktycznie nie powinno się tykać, jeśli nie doznało się ich na własnej skórze?

Kiedy czytam czy przysłuchuję się prowadzonym na ten temat dyskusjom, często przewijają się dwa argumenty – sceny walki i sceny erotyczne. Zapewne wszyscy mielimy nieszczęście przeczytać zdecydowanie źle napisaną wersję przynajmniej jednej z tych dwóch, a niektórzy (no cześć!) i obu. I choć uważne studiowanie źródeł rozmaitego rodzaju daje nam pewnie całkiem solidną podstawę do tego, żeby podobne wydarzenia opisać, to mimo to skłaniałabym się ku stwierdzeniu, że doświadczenie ich na własnej skórze pozwoli nam to zrobić kilka razy lepiej. Istnieją, jak sądzę, detale i niuanse, które ciężko wyłapać na podstawie informacji z drugiej lub trzeciej ręki – trudno mi np. wyobrazić sobie pisarza, który próbuje opisać romantyczną scenę zbliżenia, jako jedyne źródło mającego filmy pornograficzne. Do opisania niektórych z kolei pomysłów źródła znaleźć jest z drugiej strony w ogóle dość trudno – np. Marie Brennan, autorka pisząca książki, których akcja toczy się w alternatywnych czasach wiktoriańskich (ale ze smokami!), na własnej skórze sprawdzała, na jakie trudności napatoczyłaby się kobieta próbująca pobić kogoś w długiej sukni z gorsetem (jeśli macie ochotę zobaczyć video, to łapcie – ciekawa rzecz: [klik]). Spoiler: okazuje się, że największym problemem są ciasne rękawy.

Osobiste doświadczenie to rzecz, która zdecydowanie może nam pomóc w opisaniu czegoś lepiej, ale, według mnie – nie musi. Możliwe, że lepiej opisujemy emocje, których sami doświadczyliśmy, a wplatanie elementów, detali własnych przeżyć w strukturę fabuły pomoże w uczynieniu jej bardziej realną, trójwymiarową, autentyczną.

Myślę też jednak, że prawdziwą magią literatury i szerzej, jakichkolwiek opowieści, jest to, że tworząc je, nie musimy ograniczać się wyłącznie do codzienności i rzeczy będących w zasięgu ręki. Dla mnie, literatura ma wartość w dużej części eskapistyczną – niezależnie, czy będę czytała o rzucaniu zaklęć czy o zawiłym śledztwie, moim celem będzie oderwanie się od rzeczywistości. Jeśli wszyscy ograniczaliby się więc jedynie do pisania o rzeczach, które znają z autopsji, cóż – musiałabym zacząć szukać nowego hobby.

A wy? Uważacie, że są rzeczy, które należy poznać, zanim będzie się je chciało opisać?

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Panna Kajka

    “trudno mi np. wyobrazić sobie pisarza, który próbuje opisać romantyczną scenę zbliżenia, jako jedyne źródło mającego filmy pornograficzne” – jest taka jedna kobieta teraz na topie, chociaż w sumie nie nazwałabym jej pisarką, więc mój argument upadł 😉
    A tak na serio – myślę, że najważniejsze jest wytworzenie w sobie umiejętności przeniesienia emocji i wczucia się w danego bohatera – chodzi mi o perspektywę pisarza. I już tłumaczę, bo mogę nieskładnie pisać po 2 w nocy 😉 Jeśli przeżyliśmy (świadomie!) takie emocje jak żal, gniew, smutek, rozpacz, radość przy okazji przeróżnych wydarzeń życiowych (jak pogrzeb bliskiej osoby czy radość z dostania się na studia) będziemy mogli wiarygodniej opisać odczucia naszych bohaterów – bo nie ma chyba nic gorszego niż niewiarygodne lub niekonsekwentne lub po prostu płytkie postacie. Niech będzie to okrutnik, ale wiarygodny okrutnik 😉

    1. Marta

      Haha, no faktycznie są i tacy. 😀
      Zgadzam się jak najbardziej – wiarygodności dodają chyba właśnie najmocniej emocje. To jest ta jedna rzecz, którą trudno zresearchować czy zrozumieć po prostu o niej czytając. 😉

Dodaj komentarz