14. Czy cierpienie pomaga w tworzeniu? Czyli o sztuce i psychice.

Wiecie, co powinien umieć robić artysta? Otóż artysta powinien umieć cierpieć.

Istnieje w popkulturze głęboko zakorzeniony mit, wedle którego artyści tworzą swoje najlepsze dzieła w momencie, kiedy przeżywają głębokie, psychiczne cierpienie. „Dowodów” na to jest wiele – chociażby idea słynnego „klubu 27”, czyli tych muzyków, którzy zmarli właśnie w wieku lat 27 – dość często z powodu samobójstwa lub przedawkowania środków odurzających („należą” do niego np. Kurt Cobain czy Amy Winehouse).

Zdjęcie: Wikimedia Commons

Poza tym mamy wiele świetnych przykładów słynnych poetów, szczególnie z okresu romantyzmu lub nieco późniejszego, którzy dzieła tworzyli wielkie, a zmarli albo przedwcześnie, albo przez całe życie zmagali się z problemami natury psychicznej. Flagowym romantycznym przykładem może być tu Thomas Chatterton – pan, który popełnił samobójstwo, ponieważ nikt nie chciał wydać jego wierszy.

Thomas Chatterton na obrazie Henry’ego Wallisa.

Na początku było słowo…

… a dokładniej rzecz biorąc, słowo Platona. To ten właśnie grecki filozof w IV wieku przed naszą erą oznajmił, że:

“Madness, provided it comes as a gift of heaven, is the channel by which we receive the greatest blessings… Madness is a gift from God. ”

W luźnym tłumaczeniu: „Szaleństwo, zakładając, że jest darem niebios, jest kanałem, przez który otrzymujemy najwspanialsze błogosławieństwa… Szaleństwo jest darem od Boga”.

Od tego się zaczęło – ugruntowanie natomiast stereotypu artysty cierpiącego miało miejsce w trakcie – a jakże – romantyzmu, czyli epoki, którą wedle zdania mojego powinno się zaorać. A potem jeszcze to zaorane pole podpalić na wszelki wypadek.

Romantyzm był epoką, która gloryfikowała cierpienie (a także brak rozsądku i bezkrytyczne uleganie emocjom). Na nasze nieszczęście przetrwała cała masa tekstów, które opowiadają o tym, jak ich bohater, często sam będący też artystą, zmaga się z rozterkami ducha. Będąc w liceum, na pewno cierpieliście razem z Werterem, czytając „Cierpienia młodego Wertera”, a może bujaliście też w obłokach, rozpaczając nie mniej niż „Kordian”. Nie będę wyliczać, czym charakteryzował się romantyzm poza tym – może dość już tego stresu pourazowego – bo też sami na pewno pamiętacie, w czym rzecz.

Lord Byron.
Lord Byron. Zdjęcie: Wikimedia Commons.

Romantyczni twórcy sami twierdzili z resztą, że cierpienie jest nieodłącznie powiązane z byciem artystą. Można tu zacytować chociażby Lorda Byrona, który kiedyś napisał w liście:

“We of the craft are all crazy.”

Czyli, tłumacząc: “My, tworzący dzieła, wszyscy jesteśmy szaleni”. Możemy wymienić wielu poetów i pisarzy tej epoki, którzy poza swoimi dziełami słynni są właśnie również ze swojego cierpienia – będą to chociażby John Keats, Herman Melville czy Percy Shelley.

Co ciekawe, poza formowaniem się mitu, już w trakcie tego okresu zaczęto też szukać „naukowych” przyczyn szaleństwa artystów – co również przyczyniło się do tegoż mitu ugruntowania. Zaczęło się od publikacji Francisa Galtona pt. „Hereditary Genius” (Geniusz dziedziczny) – gdzie wiązał on geniusz właśnie, również artystyczny, z „tendencją do delirii”, „monomanią” i „skłonnym do ekscytacji” układem nerwowym – ale też np. z religijnością. Teorie te wspierali potem też np. francuscy psychiatrzy-pisarze, np. Joseph-Jacques Moreau, czy Brytyjczyk Henry Maudsley. Warto wspomnieć, że, poddane analizie, myśli, którymi dzielili się na ten temat panowie – choć niektórzy z nich mają spore zasługi w innych kategoriach – nie trzymały się kupy i opierały się wyłącznie na przypuszczeniach. Mimo to, w podręcznikach do psychiatrii nawet z drugiej połowy XX wieku cytuje się z tych książek całe akapity.

Zygmund Freud.
Zdjęcie: Wikimedia Commons

Na początku XX stulecia z kolei tematem zainteresował się Sigmund Freud – który, choć przyznał, że nie jest w stanie do końca wyjaśnić kreatywności za pomocą psychoanalizy, uznawał ją za połączoną bezpośrednio z nerwicą.

Po słowie przyszła nauka

Bardziej współcześnie, szczególne zainteresowanie tematem szaleństwa artystów przyniosły lata 80. i 90. XX wieku, kiedy to potwierdzono połączenie pomiędzy problemami psychicznymi a kreatywnością. To jednak wcale nie koniec tej historii, bo po przeanalizowaniu tych badań okazały się one równie problematyczne, co wcześniejsze teorie XIX-wiecznych myślicieli – zarzucono im pokaźną ilość błędów metodologicznych.

Czy były kolejne? Jasne. Istnieją na przykład badania, które stwierdzają korelację pomiędzy schorzeniem afektywno-biegunowym (bipolaryzm) a kreatywnością. W 2015 roku z kolei naukowcy Islandzcy stwierdzili, że twórcy mają, szacunkowo, ok. 25% wyższą szansę niż reszta społeczeństwa, bycia nosicielami genów odpowiedzialnych za schizofrenię oraz bipolaryzm. Ten projekt też spotkał się jednak z krytyką.

Istnieją też badania pokazujące przeciwny efekt. W 2017 roku sprawdzono, czy na kreatywność ma wpływ smutek u malarzy, w tym wypadku wywołany stratą bliskiej osoby. Okazało się, że owszem – obrazy, które badani namalowali w trakcie okresu żałoby sprzedawały się w cenach średnio 35% niższych niż te, które wykonali nie będąc pod wpływem negatywnych emocji. Obniżało się również prawdopodobieństwo zakupu ich przez prestiżowe muzea. Do metodologii tego badania jednak też moglibyśmy się doczepić – badani byli malarze tylko francuscy i amerykańscy, było ich tylko ok. 30, i przeważali wśród nich mężczyźni.

Zdjęcie: WikiMedia Commons

Co wynika z całego tego wywodu? Chyba głównie to, że nikt nie udzielił jeszcze jednoznacznej, niepodważalnej odpowiedzi na pytanie, czy istnieje związek pomiędzy kreatywnością, a chorobami psychicznymi, ani, czy takie choroby pomagają w tworzeniu. Istnieje jednak cała rzesza twórców, którzy takich problemów nie mieli, a nie zawahalibyśmy się nazwać ich geniuszami – ot, na przykład Szekspir.

Chwila dla reportera

Większość cytowanych przeze mnie badań skupiała się na jednym aspekcie sprawy: mianowicie, na odpowiedzi, czy istnieje związek między chorobami psychicznymi a kreatywnością. Nie zadawano w nich jednak pytania, czy psychiczne cierpienie faktycznie pomaga w tworzeniu – mianowicie, czy wpływa na jakość dzieła i „płodność” twórcy. Jeśli wierzyć ostatniemu opisywanemu projektowi – temu o malarzach – wydawałoby się, że wręcz przeciwnie.

Z kolei jako osoba mająca doświadczenie zarówno z kreatywnością, jak i problemami natury psychicznej, ja też powiedziałabym, że bycie pod wpływem silnych, negatywnych emocji to stan odwrotny do tego, który potrzebny jest do stworzenia czegokolwiek. Człowiek chory na, na przykład, depresję traci zainteresowanie światem, a niekiedy nawet proste czynności wymagają od niego niewyobrażalnego wysiłku.

Kreatywność to coś, co wymaga myślenia – i to bardzo intensywnego. Z kolei praca twórcza, poza „błyskiem geniuszu”, to jednak też faktycznie praca. Teksty literackie nie powstają zazwyczaj ot, tak sobie, bo ktoś wpadł na rewolucyjny pomysł – zarówno poezja jak i proza to godziny ślęczenia nad kartką albo przed ekranem. Wiążą się z pisaniem, przepisywaniem, redagowaniem, pisaniem od nowa, wycinaniem, obgryzaniem paznokci i zaciskaniem zębów – i tak samo wygląda tworzenie dzieł z innych dziedzin.

Jestem pewna, że są jednostki, które właśnie w trakcie epizodu depresyjnego stworzą dzieło życia – w końcu zawsze są jakieś wyjątki. Niemniej dla szeregowego twórcy, który poza byciem cierpiącym artystą musi się też zajmować płaceniem rachunków, rozpacz, rezygnacja i brak siły do czegokolwiek nie wydają się emocjami sprzyjającymi tworzeniu.

Źródła

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Dodaj komentarz