15. #dyskusyjnie: Czy dobry bohater może być zły?

Powiedzcie mi szczerze: czy macie słabość do jakichś negatywnych bohaterów?

Słuchałam ostatnio podcastu “Writing Excuses”, w którym prowadzący rozmawiali o tworzeniu wiarygodnych postaci. Wśród wielu rad i wskazówek pojawiła się teza, że bohater opowiadanej lub czytanej przez nas historii nie musi być dobrym człowiekiem, żeby być interesującym – jeśli rozumiemy jego motywację, może robić okropne rzeczy, a mimo tego i tak będziemy pewnie darzyć go jakąś dozą sympatii.

Zastanawiam się nad tym zagadnieniem od jakiegoś czasu. Parę tygodni temu, pod wpływem drugiego sezonu serialu, sięgnęłam po “Zmodyfikowany węgiel” Richarda Morgana. Główny bohater serii, Takeshi Kovacs, w netfliksowej adaptacji jest człowiekiem może i brutalnym, ale szlachetnym – zmiany w konstrukcji świata uczyniły z niego bohatera o wolność, skazanego na nierówną walkę ze skorumpowanym systemem i wieczne trwanie na przegranej pozycji. Powieść opowiada jego historię z zupełnie innego punktu widzenia – tam Takeshi jest tego systemu częścią. Posiada na dodatek cały zestaw cech mniej sympatycznych – jak na przykład mocno widoczny seksizm, czy ostentacyjnie oportunistyczne traktowanie każdej drugoplanowej postaci jako narzędzia do wykonania celu. I choć zdecydowanie trafia do mnie pomysł i konstrukcja świata zbudowanego przez Morgana, po drugą część cyklu nie sięgnę raczej w dużej części właśnie przez to, że powieściowy Takeshi wydawał mi się odpychający.

Po skończeniu lektury zaczęłam myśleć o tym, dlaczego odebrałam tak tego bohatera – czytałam w końcu sporo książek, w których działania postaci nie były kryształowe, a mimo to i tak uważałam je za warte uwagi. Głównym wnioskiem, do jakiego doszłam, jest fakt, że Takeshiego z pozostałymi bohaterami nie łączyły w zasadzie żadne emocje – nawet jego krótki związek z Kristin Ortegą był raczej powierzchowny. To z kolei czyniło go mało ludzkim.

Wydaje mi się, że kimkolwiek byśmy nie byli (może wyjmując poza nawias skrajne przypadki psychopatii), chcąc nie chcąc zawieramy więzi. Możemy kogoś nienawidzić, możemy być obojętnym wobec losów sporej części ludzkości, ale wszyscy pragniemy chociażby przyjaźni czy zrozumienia. Do niektórych osób czujemy instynktowną sympatię; innych wystrzegamy się od pierwszego spotkania. Żadne z nas nie jest maszyną – każdy do jakiegoś stopnia połączony jest z innymi nićmi emocji i zależności. Kiedy więc tworzymy bohatera, który takich powiązań nie posiada, w odbiorze wydaje się on nieco sztuczny – pozbawiony integralnego elementu człowieczeństwa.

Różne odcienie szarości…

Czy do stworzenia dobrego złego bohatera wystarczą więc więzi? Szczerze mówiąc, dołożyłabym do tego konstruktu kolejną cegiełkę – wspomnianą wcześniej motywację. Łatwiej będzie nam zrozumieć człowieka, który morduje w obronie bliskich, niż kogoś, kto robi to mechanicznie. Jeśli jednak mechanicznemu mordercy dołożymy do tego na przykład profesję najemnika, lata doświadczenia, które znieczuliły go na przemoc, konieczność zarobienia na życie i trochę charyzmy – prawdopodobnie uznamy go za interesującego.

Ważne wydaje mi się też właśnie znalezienie równowagi – wszyscy lubimy w końcu bohaterów bystrych, odważnych, charyzmatycznych. Jeśli więc profesję złodzieja czy płatnego zabójcy połączymy z odpowiednią ilością cech równoważących luźne zasady moralne, te ostatnie prawdopodobnie też będą nam dużo mniej przeszkadzać.

Mamy też tendencję do różnicowania pomiędzy stopniem niewłaściwości tych samych, wydawałoby się, przestępstw, zależnie od okoliczności towarzyszących. Jeśli nasz bohater będzie złodziejem, a jego główną motywacją będzie chęć wzbogacenia się, jest spora szansa, że będzie nam robić różnicę, czy cynicznie okrada biedaków pod kościołem, czy zasadza się na bogatych kupców. Nie bez powodu lubimy postaci w stylu Robin Hooda – łączące w sobie niecne uczynki ze szlachetnym temperamentem.

… i odcienie czerni

Istnieją autorzy, którzy mistrzowsko tworzą niejednoznaczne, często brutalne i krwawe postacie – jednym z nich jest chociażby Joe Abercrombie, którego książki bardzo polecam, jeśli jesteście fanami nieco mroczniejszej fantasy. Istnieją też jednak tacy, którzy z jakiegoś powodu lubują się w próbach stworzenia bohaterów wybitnie antypatycznych – i każą im przekraczać granice, zza których nie ma powrotu.

Filmy akcji i książki dziejące się w alternatywnych światach przyzwyczaiły nas do pewnego stopnia do przemocy, na którą nie patrzymy w takim dziełach bardzo poważnie. John Wick w każdym swoim filmie popełnia małe ludobójstwo, ale lubimy go za miłość do psów i bycie facetem z zasadami (nawet, jeśli dość specyficznymi), mającym w życiu wielkiego pecha. Jesteśmy w stanie oswoić masowe mordowanie pozbawionych twarzy i osobowości przeciwników, ba! w niektórych narracjach nieszczególnie przeszkadzają nam nawet sceny tortur. Istnieją jednak działania, których nie jesteśmy w stanie wybaczyć – i dla wielu osób taką granicą będą przestępstwa na tle seksualnym.

Czytałam – a raczej zaczęła czytać – kiedyś debiutancką powieść autora o nazwisku Mark Lawrence, o której szybko zrobiło się głośno. Opisywano ją jako brutalną, mroczną fantastykę, a z racji, że często lubię, jak fantasy wpada raczej w dorosłe niż bajkowe tony, sięgnęłam po nią ze sporymi oczekiwaniami. Przetrwałam jakieś 50 stron – na których nastoletni bohater, przewodzący grupie bandytów, wyrzynał z zimną krwią małą wioskę, po czym gwałcił z lubością młodą dziewczynę.

Z tego, co wiem, Mark Lawrence rozwinął się od tego czasu – jego kolejne książki są dosyć popularne – ale moje pierwsze spotkanie z jego twórczością uznałam za na tyle obrzydliwe, że powieść schowałam na najdalszą półkę i nigdy więcej nie kupiłam już żadnej kolejnej. Uważam, że absolutnie nie istnieją pozytywne cechy charakteru, motywacja życiowa, czy powiązania emocjonalne, które w jakikolwiek sposób mogłyby zrównoważyć gwałt – przez kogokolwiek na kimkolwiek.

Dyskusyjnie

Każdy z nas ma zapewne inną wrażliwość, i inne granice – ktoś nie będzie w stanie poczuć sympatii do bohatera, który zabija, kto inny przesunie linię nieco dalej.

Co uważacie za skraj własnej tolerancji i wytrzymałości? Jakich bohaterów jesteście w stanie usprawiedliwić czy polubić, a na jakich nie możecie patrzeć – i czy w ogóle takich znajdziecie?

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Ten post ma 6 komentarzy

  1. Marcin

    Ja mam chyba tak, że aby polubić złoczyńcę, musi on mieć jakieś choćby szczątkowe zasady i może nie zawsze szczytny, ale cel swoich działań. Często też dobrze, jeśli jednak nie jest tak do końca zły, ale tli się w nim jakaś cząstka dobra – jak właśnie przytoczona przez Ciebie miłość do psów w przypadku Johna Wicka. W ogóle, John Wick jest bardzo dobrym przykładem ( uwielbiam go, btw <3 ). Z filmowych postaci dodałbym jeszcze Vito Corleone z "Ojca Chrzestnego" – niby mafioso, ale jednak z pewnym kodeksem zasad. Albo Altsina z "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" , aczkolwiek on nie jest aż taki zły 😉
    Ale nie zaakceptuję też przestępstw seksualnych – jakoś ciężko mi jest przejść nad tym do porządku dziennego i automatycznie taki bohater będzie dla mnie już tylko zły i nie do zaakceptowania. Zawsze mnie to odpychało, jeśli dochodziło do gwałtów czy wykorzystywania kobiet, nieważne w jakich okolicznościach.

    W każdym razie, jeśli negatywny bohater ma klasę, kodeks zachowania czy jakieś przejawy dobra, to często łatwiej go polubić niż bohaterów dobrych, być może też dlatego, że zazwyczaj nie są tacy prości, jednokolorowi jak dobrzy bohaterowie.

    1. Marta

      Też jestem fanką Johna Wicka 😀 Coś w tym chyba jest, że ci “źli”, jeśli są dobrze skonstruowani, to bywają serio ciekawsi od bohaterów pozytywnych – którzy z kolei bywają często zbyt kryształowi.

  2. Jak się tak teraz nad tym zaczęłam zastanawiać, to masz bardzo dużo racji. Pierwszą postacią tego typu, jaka mi się od razu nasunęła na myśl, to główny bohater Komornika – no, chamski, gnojek, morduje kogo popadnie i po trupach do celu, ale z drugiej strony np. bardzo tęskni za córką i żoną, które zginęły… No i jak go nie kochać? 😀 Chyba zacznę się nad tym częściej zastanawiać jak teraz będę czytać. 😀

    1. Marta

      Jakoś mnie właśnie ten “Węgiel” popchnął do takich refleksji – a Komornika nadal muszę przeczytać! 😀

  3. Panna Kajka

    Czy to nie jest tak, że lubimy Johna Wicka bo #Keanu4ever? 😉
    A tak na poważnie, myślę, że ci “źli” bywają po prostu dużo ciekawsi niż bohaterowie pozytywni, którzy czasem potrafią być aż zbyt kryształowi, a przez to jednowymiarowi. W przypadku bohaterów negatywnych chcemy wiedzieć, co sprawiło, że stali się tak źli, szukamy wyjaśnienia ich postępowania. Może też interesują nas bardziej, bo nie jesteśmy w stanie się z nimi utożsamiać, tak jak to może mieć miejsce w przypadku dobrego bohatera.
    Prócz wspomnianej wcześniej kwestii wykorzystywania kobiet, nie jestem w stanie zaakceptować wykorzystywania dzieci czy kanibalizmu (akurat jednym okiem oglądam serial Criminal Minds, więc Twój wpis się wpasował ;). Chociaż, co do tego ostatniego tabu, od razu przychodzi na myśl Hannibal Lecter, idealny przykład złego, acz fascynującego bohatera. Książki uważam za mniej ciekawe niż filmy i ta postać w wykonaniu sir Hopkinsa – bałam się, a jednocześnie byłam zaciekawiona. Ale to może kwestia aktora, którego darzę wielkim szacunkiem za talent i warsztat 😉

    1. Marta

      #keanu4ever też <3
      Kanibalizm jest akurat dosyć skrajny, bo tak jak mówisz da się stworzyć bohatera, który będzie ciekawy mimo tego. W filmach to też faktycznie kwestia gry aktorskiej, jak w przypadku Hopkinsa - bohater w scenariuszu może być np jednoznacznie negatywny, ale aktor mimiką da ci jednak znać, że może jednak... 😉

Leave a Reply