18. Albowiem rzekę, nie ruszaj słów moich – czyli o językowym konserwatyzmie

TO NIEPOPRAWNE! …tylko czy na pewno?

Ostatnimi czasy w polskich social mediach coraz częściej wybuchają awantury językowe. Całkiem niedawno kłóciliśmy się jeszcze o feminatywy, a jeszcze bliżej – o to, czy obraźliwe jest słowo Murzyn (jest). Język zawsze był polem ideologicznej walki, ale obecnie zwracamy na niego uwagę chyba coraz częściej – nasze społeczeństwo, od dłuższego czasu coraz bardziej spolaryzowane, chwyta się słów kurczowo i broni “poprawności” swojej wersji języka jak niepodległości.

Jak to jest z tą poprawnością

Jeśli uczyliście się kiedyś języka obcego, to wiecie może, że “poprawność” jest bardzo często pojęciem względnym. Podejście takie jak to popularne u nas – że istnieje jedna, jedyna “właściwa” wersja języka, od której każdego odstępstwo jest przestępstwem na miarę podłożenia bomby w centrum handlowym – tak naprawdę jest dużo mniej powszechne, niż mogłoby się wydawać.

Weźmy chociażby najpopularniejszy przykład z możliwych, czyli angielski – nie powiedzielibyście przecież, że amerykańska odmiana jest mniej poprawna niż brytyjska, prawda? Na dodatek ta “brytyjska” wersja, której uczy się u nas najczęściej w szkołach – ta z okrągłym, “szlacheckim” akcentem, używanym przez prezenterów BBC i członków rodziny królewskiej – paradoksalnie używana jest właśnie głównie przez prezenterów BBC i członków rodziny królewskiej.* Angielski z UK to tak naprawdę niesamowicie barwna wyszywanka najrozmaitszych akcentów i dialektów, nie wspominając już o tym, że szkocka czy irlandzka wersja tego języka też będą ogromnie się różnić (a każda z nich dzielić dodatkowo na kolejne odmiany). Nie chodzi tu też tylko o akcent, ale też np. słownictwo czy składnię.

Panie na tym filmie porównują wymowę i słownictwo angielskiego australijskiego, amerykańskiego i brytyjskiego.

Jeden naród, jeden język

Polski jest dość jednolity nie bez powodu – to wynik konkretnych decyzji politycznych podejmowanych na przestrzeni głównie XX. wieku (o tym zaraz). Dziś podejście, które jest u nas najpowszechniejsze, w językoznawstwie nazywane jest preskryptywizmem – który charakteryzuje się właśnie kształtowaniem jednej, właściwej wersji danego języka i sztywnym przywiązaniem do reguł. Pokłosiem preskryptywizmu jest też wartościowanie innych odmian językowych – niezależnie, czy charakteryzuje je inna wymowa, składnia, słownictwo czy coś jeszcze innego – jako gorszych, zacofanych, świadczących o braku odpowiedniego wykształcenia.

Dla równowagi, przeciwstawne podejście to deskryptywizm – który skupia się na opisywaniu różnych form języka, bez przypisywania im konkretnej wartości.

Jeśli słuchaliście choć jednym uchem na licealnych lekcjach historii, to kojarzycie na pewno XIX wiek z tworzeniem się państw narodowych, koncepcji narodu i całej masy dzieł poetów romantycznych, które nigdy nie powinny były powstać.** W tych okolicach czasowych ustalono też mniej więcej ten kształt języka polskiego, który znamy dziś. Ciekawostka – był to też okres czasu, kiedy ponad 60% ludności Polski nie mówiło wcale po polsku.

Nie będę opisywać tu wszystkich przemian i dyskusji, które odbywały się na przestrzeni wieków, bo uśniecie przed końcem akapitu – dość powiedzieć, że do II wojny światowej Polska była krajem wielonarodowym i wielojęzykowym, a “standardowym” językiem polskim posługiwała się garstka elit, głównie z kręgów warszawskich. Pozostali mieszkańcy kraju używali lokalnych dialektów albo języków mniejszościowych – również w sądach czy innych oficjalnych instytucjach.

I wszystko zmieniło się wraz z nadejściem komunizmu.

Komunizm, jak się pewnie domyślacie, jest tu głównym preskryptywicznym winowajcą. Przez pół wieku pomiędzy końcem II wojny a rokiem 89. systematycznie dążono do ujednolicenia języka – likwidowano szkoły, gdzie nauczano w językach mniejszościowych, zlikwidowano możliwość używania ich w sądach czy urzędach, słowniki celowo czyszczono ze słów, które uznawano za “niepoprawne”, “antykomunistyczne” czy “pro-burżuazyjne”. Na wschodzie kraju zmieniano nawet nazwy miejscowości z takich, które brzmiały zbyt ukraińsko czy łemkowsko. Tępiono też ostro niemiecki w ramach degermanizacji (a dodajmy, że sporo zachodnich dialektów lokalnych miało niemieckie naleciałości) – karano takich “przestępców” grzywnami, utratą pracy, ostracyzmem. Niektóre źródła podają nawet, że szczególnie upartych wywożono do obozu pracy NKWD w Gliwicach (został zlikwidowany ok. 1950 roku).*** Do tego dochodzi też reorganizacja i spłaszczenie struktury społecznej po wojnie i rozpowszechnienie się radia czy telewizji, w których posługiwano się standardem.

Słowa wyryte w kamieniu

Od czasu rozbiorów w zasadzie język polski był narzędziem politycznym – wielokrotnie próbowano go nam odebrać, wyrugować, usunąć. Został on więc, wydawałoby się nieodwracalnie, powiązany z poczuciem dumy narodowej i patriotyzmu – w końcu “a niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”!

I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że wszystko, co związane z narodem, lubimy stawiać na piedestale – ma to być czyste, wieczne, niezmienne i szlachetne. A na dodatek wszyscy próbują nam to zabrać – zatem języka, tak samo jak ojczyzny, należy bronić. Łącząc to z ideą jednego, perfekcyjnego języka, otrzymujemy podejście nie pozwalające na żadne odstępstwa.

Problem jednak w tym, że język jest organizmem żywym.

Zdjęcie słownika ze słowem "embargo". Postscript: językowy konserwatyzm.
Słowniki są fajne, ale nie przesadzajmy z tym uwielbieniem.

To, w jaki sposób się porozumiewamy, nie jest i nigdy nie było czymś, czego obecny kształt dałoby się w całości uwiecznić – przedmiot badań zmieniałby się bowiem w trakcie badania. Słowa zmieniają swoje znaczenia niekiedy bardzo szybko – tym bardziej teraz, kiedy przypadkowe a trafne użycie jakiegoś zwrotu na Facebooku może roznieść się po całym Internecie w pół godziny. Język i jego kształt zależą w ogromnej części od jego użytkowników – słowniki, Rada Języka Polskiego czy encyklopedie “uprawomocniają” zmiany dopiero po tym, jak na dobre zagościły już one wśród codziennego słownictwa. Niektóre słowa czy zwroty z kolei w słownikach nigdy się nie znajdą – są zjawiskami na tyle chwilowymi, że nikomu nie przyjdzie do głowy ich uwieczniać.

Albowiem rzekę, nie ruszaj słów moich

To, jak ściśle wiążemy “poprawność” językową z tożsamością, widoczne jest w naszej debacie publicznej gołym okiem. Pamiętacie może niejaką posłankę Krystynę Pawłowicz, której zdarzyło się napisać “wziąść”? Pani posłanka w swojej obronie oznajmiła, że owszem, “szkoła polska mów i pisze ‘wziąść'”, natomiast “wziąć” (czyli, jeśli ktoś ma wątpliwości, wersja słownikowo poprawna) mówi szkoła “pruszkowska” (jakakolwiek by to była).

…czy ktoś doszedł może do tego, dlaczego tak bardzo lubimy być oblężoną twierdzą?

Tożsamość to jednak nie tylko kwestie narodowe, ale też płciowe – jak widać na przykładzie tych nieszczęsnych feminatywów, które owszem, nigdy nie były językowi polskiemu obce. Nie wiem zresztą, czy zauważyliście prawidłowość, która zaczęła być widoczna zaraz po przejściu ostatniej burzy, która rozpoczęła się od “gości” czy też “gościni”, użytej na Twitterze przez posłankę Magdalenę Biejat z Razem. Obecnie bowiem widać według mnie w mediach wyraźne rozgraniczenie – im bardziej dany portal/gazeta ma odchylenie lewicowe, tym więcej feminatywów będzie używać.

Głośna parę tygodni temu kwestia słowa “Murzyn” też rozbija się o klify wiary w nieomylność słowników i preskryptywistyczne przekonanie o istnieniu wyłącznie jednej prawidłowej postaci języka. Orędownicy używania tego zwrotu pomimo jego dzisiejszych konotacji nie zważają na to, że znaczenia słów naprawdę nie są wyryte w kamieniu, a to, czy ktoś uważa coś za obraźliwe nie zależy jedynie od definicji zapisanej w słowniku z lat 80. Słowo “kutas” oznaczało w końcu kiedyś frędzel, więc z definicji obraźliwe też nie było – a jednak dzisiaj poczulibyśmy się raczej nieswojo, gdyby ktoś oznajmił nam, że mamy np. fajne kutasy przy szaliku.

Kobieta patrząca w górę, ubrana w szalik z frędzlami i zimową kurtkę. Postscript: Językowy konserwatyzm.
No patrzcie, jakie fajne ma pani kutasy przy szaliku.

Słowniki są fajne, ale

Jeśli myślicie, że postuluję tu spalenie wszystkich słowników na stosie, jesteście w błędzie – słowniki to przydatne narzędzia, ale nie wolno nam traktować ich jak wyroczni. Musimy pamiętać, że to, co do nich trafia, może być czasem już nieco przestarzałe, a przydatność czy faktyczne znaczenie niektórych słów weryfikuje się na bieżąco.

A kiedy przyjdzie wam następnym razem chęć na spojrzenie na kogoś z góry, bo nie wyraża się poprawnie, spróbujcie pomyśleć o tym, że różnorodność jest fajna, a język – plastyczny i żywy, i dla każdego inny.

To, co odmienne, naprawdę nie musi być przecież aż tak bardzo straszne.

*Ewentualnie po prostu przez członków klasy wyższej.
**Owszem, będę jeździć po romantyzmie przy każdej pojawiającej się możliwości.
*** Np.: Kamusella, Tomasz. The Politics of Language and Nationalism in Modern Central Europe. Palgrave MacMillan: Nowy Jork (2009).

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Ten post ma 7 komentarzy

  1. Paweł

    Siemka. 🙂 Dlaczego uważasz, że „Murzyn” jest obraźliwy? Parę słów o mnie, żebyś nie myślała, że przerwałem czytanie po 2 linijce. Wpisy o języku bardzo mnie interesują. Jestem już magistrem, tłumaczem. Studiowałem najzwyczajniejszą anglistykę, byłem na specjalności językoznawczej (Twoje językoznawstwo w Poznaniu to oddzielna specjalność na filo?). Zazdroszczę Ci tego norweskiego. Historię języka lubiłem, ale już mało co z niej pamiętam. Też lubię książki, właściwie te same gatunki, co Ty. I też mam w dupie romantyzm. 🙂

    1. Marta

      Bo w trakcie tej całej “debaty” osoby czarnoskóre w PL, których to jakby nie było najbardziej dotyczy, jednoznacznie wypowiadały się, że słowo “Murzyn” użyte w stosunku do siebie za takie uważają.

      Językoznawstwo w Poznaniu to tzw. ELLDo, Empirical Linguistics and Language Documentation. 🙂

  2. Paweł

    Rozumiem, ale jednak są gorsze określenia (np. „bambus”). Dałaś debatę w cudzysłowie, bo była niemerytoryczna?

    1. Marta

      Jasne, zgadzam się – są gorsze. Niemniej jeśli ktoś mówi ci, że nazywanie go w dany sposób sprawia mu przykrość, to ze zwyczajnej przyzwoitości IMO nie powinno się go tak nazywać. 🙂 Debata była w cudzysłowie dokładnie dlatego – spora część osób w tej całej burzy upierała się przy swoim zdaniu “bo tak jest napisane w słowniku”, zupełnie ignorując opinię żywych ludzi, których ta kwestia faktycznie dotyczy.

  3. Paweł

    Tak, nie można wyzywać. Ale jest też druga sprawa: wiarygodność dwujęzycznych słowników i znajomość polskiego przez obcokrajowców. Akurat mam pod ręką tylko stary słownik pol-ang, Stanisławskiego, i tam jest Murzyn=Negro (czarny=dark-skinned, Negro; ale skąd obcokrajowiec ma wiedzieć, że czarny może znaczyć Murzyn). Może część czarnoskórych też uważa „Murzyna” za obraźliwego, bo tak jest napisane w słownikach. Wiadomo, że mówienie np. „Chodź tu, Murzynie” nie jest uprzejme, ale „Murzyn” jeszcze doszczętnie się nie zwulgaryzował, w przeciwieństwie do „kutasa”, i bywa nadal używany w nieobraźliwym (i nieadresatywnym kontekście). 🙂

    1. Marta

      Jasne, tylko w tej dyskusji brały w ogromnej mierze udział osoby czarne, które w Polsce się urodziły, albo mieszkają tu od lat, i polskim posługują się świetnie. Opowiadały o tym, w jaki sposób słowo “Murzyn” było używane wobec nich, i w jakim kontekście – i zawsze miało ono negatywny wydźwięk. Dla mnie czy dla ciebie to słowo może być bardziej neutralne, ale to nie w stosunku do nas się go używa. 😉

      1. Paweł

        Tak, ale ogólnie dyskusja się wymknęła spod kontroli (nie nasza, tylko ogólnopolska). Pewnie zaglądasz na poradnię PWN i widziałaś jaka tam była w czerwcu kłótnia właśnie o „Murzyna”. Poza tym zmiana świadomości to coś więcej niż zmiana języka. 🙂

Leave a Reply