20. Demony wsi polskiej, czyli fantastyka słowiańska

Co wiemy o wierzeniach i zwyczajach naszych przodków?

W porównaniu z informacjami, jakie mamy o Celtach czy Grekach – stosunkowo niewiele.

Jako nastolatka na znalezienie rodzimych elementów w książce reagowałam dzikim podnieceniem – zawsze byłam zafascynowana słowiańskimi klimatami, ale niestety odnalezienie ich w literaturze było nieczęste. Z tamtych czasów pamiętam np. jedną z powieści Doroty Terakowskiej, opowiadania Anny Brzezińskiej czy książki Piotra Patykiewicza – były to niemniej raczej pojedyncze nazwiska i teksty, które nie składały się na konkretny podgatunek, nurt czy zjawisko. Zanim ktoś mi to wytknie – jasne, był też “Wiedźmin”, ale ten oparty jest jednak dużo bardziej na podaniach celtyckich czy micie arturiańskim, niż na faktycznej mitologii słowiańskiej.

Od jakiegoś czasu zainteresowanie wierzeniami i społeczeństwem naszych przodków jednak wzrasta – i ma to swoje odzwierciedlenie w fantastyce (i nie tylko, bo pojawia się też coraz więcej zbiorów mitów czy bestiariuszy). Powieści oparte na tych motywach zdobywają coraz szerszą popularność, a słowiańskie stwory, legendy czy wierzenia przebijają się też do książek skierowanych ku publiczności młodszej, czy też nastawionej na czystą rozrywkę. Od razu powiem, że żadnej z tych dwóch kategorii nie uważam za z jakiegoś powodu gorszą – nie da się przecież non-stop czytać awangardowo napisanych opowieści zadających filozoficzne pytania o sens człowieczeństwa.

“Żniwiarz”, czyli demony wsi polskiej

Jedną z tych bardziej rozrywkowych pozycji jest chociażby seria o Żniwiarzach Pauliny Hendel (swoją drogą “ubrana” w świetne okładki zaprojektowane przez ekipę z PanBook.pl), którą niedawno skończyłam pochłaniać. Na pierwszy tom natrafiam przypadkiem w bibliotece (przyciągnięta zresztą właśnie okładką), i zaraz po skończeniu lektury pobiegłam po kolejny. Dziś seria liczy sobie tomów pięć i jest świetnym przykładem bardzo sprawnie napisanego urban fantasy z ciekawym pomysłem na świat i sympatycznymi, choć niepozbawionymi wad bohaterami (pisałam już o niej w “Polecankach i Wygrzebkach, o [TU]).

Okładki książek Pauliny Hendel, seria "Żniwiarz" - Postscript, artykuł: "Demony wsi polskiej, czyli fantastyka słowiańska"

No właśnie – książki Pauliny Hendel były pierwszymi polskimi powieściami, jakie mogłam zakwalifikować do UF – gatunku, do którego mam ogromną słabość, a za który dotychczas w Polsce nikt za bardzo się nie zabierał. Dziś mamy ich na rynku już trochę więcej – jest chociażby Aneta Jadowska ze swoją serią o Dorze Wilk, czy Katarzyna Berenika-Miszczuk z “Kwiatem Paproci”.

A o co w ogóle w urban fantasy chodzi? W skrócie, podstawową jego cechą jest wplecenie w świat współczesny (czy to faktycznie “nasz”, czy alternatywny, ale z wszelkimi atrybutami czasów obecnych) magii – na rozmaite sposoby. Niektórzy przenoszą we współczesność czarodziejów kojarzących się bardziej z fantastyką bardziej klasyczną, inni – sięgają właśnie po rozmaite mitologie.

W “Żniwiarzu” główną bohaterką jest Magda – mieszkanka Wiatrołomu, niewielkiej wsi, której wujek, Feliks, jest Żniwiarzem – czyli łowcą wywodzących się ze słowiańskich podań potworów, takim wiedźminem współczesności. Seria w każdym tomie przedstawia nam nowych bohaterów drugoplanowych, ich i rozmaite wątki poboczne oplatając wokół motywu głównego – walki z Niją, władcą zaświatów. To, co zdecydowanie zwraca uwagę, jest różnorodność demonów odmalowalnych na kartach powieści, jak i mnogość sposobów walki z nimi. Miałam przyjemność być na kilku panelach prowadzonych przez Hendel i wiem, że autorka opiera się często na faktycznych podaniach ludowych i grzebie w źródłach – co zdecydowanie dodaje stworzeniom z jej książek wiarygodności.

Magda jak i pozostali wyraźniejsi bohaterowie “Żniwiarza” mają lat dwadzieścia-dwadzieścia kilka, nie zaklasyfikowałabym więc serii jako literatury typowo młodzieżowej – książki jak najbardziej mogą spodobać się też komuś w wieku samych postaci czy starszemu (jak widać zresztą po moim przykładzie). Seria pisana jest sprawnie i rzadko kiedy zdarza się natknąć na coś, co wybija z rytmu – nie znajdziecie tu poetyckich opisów, a raczej dużo akcji i płynnych dialogów. Miałam też okazję czytać poprzednią serię autorki i widać w jej warsztacie, ale też sposobie opowiadania historii ogromny postęp – choć fakt faktem “recyklinguje” niektóre pomysły. Z drugiej strony zdarza się jej też zaskoczyć – po trzecim tomie byłam historią Magdy i spółki nieco znużona, ale czwarty zaskoczył mnie już bardzo pozytywnie i “odświeżył” całą fabułę.

Podsumowując, “Żniwiarz” to cykl zapewniający masę rozrywki, z ciekawymi pomysłami i niekiedy zaskakująco niejednoznacznymi postaciami, które potrafią i zirytować, i przyprawić o uśmiech. Motywy słowiańskie są tu wykorzystane w naprawdę warty przyjrzenia się sposób, a autorka zgłębia temat ludowych podań dużo głębiej, niż często zdarza się w młodzieżowych powieściach.

Co warto upolować?

W ostatnich latach pojawiło się też na rynku sporo słowiańsko-inspirowanych powieści fantasy nieco bardziej klasycznych – takich, w których akcja ma miejsce w bliżej niezdefiniowanym “kiedyś”. Sporo z tych książek mam nadal na liście, nie opowiem wam więc o wrażeniach z lektury, a raczej pokażę krótki przegląd autorów, po których według mnie warto sięgnąć.

Co ciekawe, po motywy słowiańskie sięgają nie tylko pisarze polscy – zaczynają się one pojawiać też w powieściach autorów zachodnich, niekiedy posiadających wschodnie korzenie, a niekiedy – po prostu zafascynowanych tematem.

Z naszego podwórka mam w planach sięgnięcie m. in. po duologię Marty Krajewskiej – “Idź i czekaj mrozów” oraz “Zaszyj oczy wilkom”. Autorka kilkukrotnie była nominowana do nagrody Zajdla, a historia wydaje się połączeniem słowiańskiego fantasy z wątkiem romantycznym.

“W świecie, gdzie puszczą włada leszy, w jeziorze żyją topielce, a nocami wśród chat przemykają zmory i strzygonie, młodziutka Venda musi stanąć na straży bezpieczeństwa mieszkańców Wilczej Doliny. Przyjdzie jej mierzyć się nie tylko z bogami czy stworzeniami nocy, ale znacznie groźniejszymi przeciwnikami: samotnością, strachem i zwątpieniem.”

Kolejnym autorem, który nadal czeka w mojej czytelniczej kolejce jest Witold Jabłoński – który napisał np. “Popiela” oraz “Dary bogów”. “Popiel” bardziej niż słowiańską mitologią wydaje się co prawda inspirowany już polskimi legendami – co, jak dla mnie, wydaje się równie ciekawe.

Dawno, dawno temu, w czasach, które zaginęły już w pomroce dziejów, ziemiami naszych przodków wstrząsnął potężny konflikt pomiędzy potomkami króla Anta. Umierający monarcha przekazał władzę swoim synom Lechowi i Krakowi, dzieląc między nich kraj i nakazując wspólną obronę ojcowizny przed najazdem koczowników ze wschodu. Bracia uszanowali wolę ojca i walczyli ramię w ramię, wspierali się w rządach. Założyli własne rody, poślubili wybranki swoich serc i doczekali się potomstwa.

Z upływem lat Lechitów skaził pradawny mrok, który od zarania czasów skrywał się w kniejach otaczających Kruszwicę. Niczym rak począł toczyć ród Lecha, a zwłaszcza kniazia Popiela, który oddał się całkowicie czarnoksięskim praktykom i pojął wiedźmę za żonę.

Za oceanem po słowiańskie wątki sięgnęła np. Catherynne Valente – która napisała bardzo wysoko ocenianą serię o Kościeju. Pierwszy tom tejże, “Nieśmiertelny”, nagrodzony został zresztą Locus Fantasy Award or Mythopoeikiem. Valente sięga po motywy już bardziej charakterystycznie rosyjskie – co jest chyba na tamtym rynku nieco powszechniejsze.

Kościej Nieśmiertelny odgrywa w rosyjskim folklorze tę samą rolę, co diabły i wiedźmy w zachodnioeuropejskiej kulturze: groźnej i złej postaci, negatywnego bohatera niezliczonych opowieści przekazywanych ustnie i pisemnie przez pokolenia. Ale jeszcze nigdy nie oglądaliśmy Kościeja oczami Catherynne Valente, która unowocześnia i przemienia dawną legendę, przenosząc akcję do współczesnych czasów i umieszczając ją na tle najistotniejszych wydarzeń w dwudziestowiecznej historii Rosji.

Czwarta w kolejności będzie Katherine Arden – też umiejscawiająca akcję swojej trylogii na Rusi. Książki Arden czerpią z kolei garściami nie tylko z mitów, ale też z klasycznych baśni,

W Rusi, na skraju pustkowia, zima trwa większą część roku, a podczas długich wieczorów Wasilisa i jej rodzeństwo lubią siadać razem przy piecu i słuchać bajek, które opowiada im niania. Wasia uwielbia zwłaszcza bajkę o Mrozie, błękitnookim demonie zimy. Mądrzy Rosjanie boją się go, gdyż zabiera zbłąkane dusze, szanują także duchy chroniące ich domostw przed złem.

Pewnego dnia owdowiały ojciec Wasi przywozi z Moskwy nową żonę, Annę. Fanatycznie nabożna macocha Wasi zakazuje rodzinie składać ofiary domowym duchom, chociaż Wasia obawia się, co wyniknie z takiej postawy. I rzeczywiście na wioskę zaczynają spadać kolejne nieszczęścia.

Co piszczy w non-fiction?

Co, spodziewaliście się, że już koniec? Niedoczekanie!

Pozycje non-fiction nie wpisują się już może w fantastykę jako taką, ale mamy ich na rynku całkiem sporo, i to często pięknie wydanych. Tak samo jak w przypadku beletrystyki, ostatnimi laty pojawia się ich coraz więcej – i to zarówno tych bardziej naukowych, jak i kierowanych do przeciętnego czytelnika.

Uwagę warto zwrócić na pewno na bestiariusze – tutaj prym wiodą Paweł Zych i Wojciech Vargas, wydawani przez Wydawnictwo BoSz. Panowie stworzyli całą serię książek poświęconych słowiańskim (i nie tylko!) stworzeniom – dwa tomy “Bestiariusza Słowiańskiego”, “Święci i Biesy”, “Księgę Smoków Polskich”. Te pozycje to przykłady książek nie tylko faktycznie wartościowych pod kątem informacji, ale też zwyczajnie pięknie wydanych.

Nieco starsza, ale niesamowicie ciekawa jest też “Wielka Księga Demonów Polskich” Barbary i Adama Podgórskich. To już z kolei coś nieco poważniejszego, zbudowanego jak leksykon – znajdziecie tu alfabetycznie uszeregowane hasła, a każdy cytat będzie opatrzony przypisem odsyłającym do stosownego źródła.

O wzrastającej popularności słowiańskich motywów może też świadczyć fakt, że niektóre starsze pozycje przedrukowuje się i wydaje w nowej, atrakcyjniejszej oprawie graficznej. Nakładem wydawnictwa Replika wyszły na przykład niedawno nowe wydania książek Bohdana Baranowskiego – “Pożegnanie z diabłem i czarownicą” (oryg. wydanie 1965) i “W kręgu upiorów i wilkołaków. Demonologia słowiańska.” (1981).

A tego nie róbcie

Wspomnianą popularność można jednak wykorzystać na różne sposoby – i w mojej biblioteczce znajduje się też niestety przykład wykorzystania niewłaściwego. Parę lat temu poprosiłam na święta o “Mitologię słowiańską” Jakuba Bobrowskiego i Mateusza Wrony, wydaną również przez BoSza. Książka pretenduje do fabularyzowanej wersji mitów słowiańskich i, jak większość pozycji tego wydawnictwa, jest śliczna – opakowana w twardą oprawę i przyozdobiona odpowiednimi ilustracjami. Niestety, nikt nie raczył nigdzie ostrzec, że autorzy z “fabularyzacją” poszli “nieco” za daleko, często całkowicie zmieniając kształt faktycznych mitów, ale też mieszając je z wierzeniami dużo już późniejszymi, np. z lataniem na miotle wysmarowanej magiczną maścią. Wrona i Bobrowski przypisują bogom też wymyśloną wyłącznie przez siebie genealogię, a cechy samych bóstw traktują bardzo wybiórczo – pomijając te, które najwyraźniej nie pasowały im do narracji. Nie miałabym nic przeciwko takiej fabularyzacji, gdyby ktoś gdziekolwiek o tym napisał – a tymczasem w blurbie książka reklamowana jest jako “atrakcyjna nie tylko dla badaczy historii Słowian, ale także miłośników literatury fantasy, gier komputerowych i wszelkich działań mających charakter rekonstrukcji przeszłości.”.

Nieładnie.

Kończąc

Temat słowiańsko-inspirowanej literatury można by ciągnąć dużo dalej (chociażby o książki faktycznie badawcze), ale pozostańmy przy tych kilku pozycjach. Czytacie? Szukacie? Macie coś do polecenia?

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Leave a Reply