21. Trochę słodyczy, czyli dlaczego czytam romanse

Niekiedy zdarzają się dni, kiedy świat wydaje się wyjątkowo szary i brzydki, za oknem kotłują się ciemne chmury, a wspomnienie o słońcu wydaje się blaknąć z każdą mijającą sekundą. W takie dni mój mózg odmawia zazwyczaj współpracy – słowa reportażu, który tak bardzo podobał mi się jeszcze przedwczoraj, tańczą mi przed oczami i za żadne skarby nie chcą ułożyć się w zdania. W takie dni mam ochotę skulić się na kanapie z kubkiem herbaty i zrobić z siebie małe, kocykowe burrito, i nie odzywać się do reszty świata. I właśnie w takie dni czytuję romanse.

Ostatnimi czasy sięgam po bardzo rom-komowe opowieści – dla odpoczynku od eseju “Praca bez sensu” Davida Groebera czytałam np. “The Hating Game” Sally Thorne, czyli historię dwójki konkurujących ze sobą współpracowników. Jakiś czas temu, w ramach odskoczni od “To jest wojna” Klementyny Suchanowicz pochłonęłam “Not Like the Movies” Kerry Winfrey (które zresztą do rom-komów odnosi się bardzo bezpośrednio, sypiąc tytułami jak z rękawa). Kiedyś sięgałam głównie po romanse historyczne – najchętniej te z ery angielskiej regencji (tak, dokładnie te z wyjątkowo sztampowymi okładkami). Albo po książki Nory Roberts, której serii “In Death” (pisanej pod pseudonimem J. D. Robb) przeczytałam kilkanaście tomów.

Dwie obejmujące się kobiety na tle zachodu słońca. Artykuł: "Dlaczego czytam romanse", Postscript.pl
Photo by Scott Broome on unsplash.com

Sporo książek, które czytuję na co dzień, wpada do kategorii “poważne tematy”, “trudne w odbiorze”, albo obu jednocześnie. Niektóre z nich, choć dobre, są też dość męczące – wymagają sporego wysiłku intelektualnego, czasem kilkukrotnego przeczytania tego samego akapitu, czy znajomości specjalistycznych pojęć (och, gramatyko konstrukcji! [tak, to był odnośnik dla wtajemniczonych]). Poza poszerzaniem horyzontów książki traktuję jednak przede wszystkim jako rozrywkę – coś, co ma za zadanie oderwać mnie od świata, umilić czas i pozwolić na chwilę zanurzyć w innej rzeczywistości. Nie każda powieść musi zadawać pytania o sens człowieczeństwa – czasami ja, czytelnik, chcę przy czytaniu jedynie najzwyczajniej w świecie dobrze się bawić.

Kiedy mam za sobą ciężki dzień czy okres, nie mam ochoty uaktywniać szarych komórek dodatkowo w czasie wolnym. Chcę czegoś lekkiego, uroczego i poprawiającego humor. Czegoś, co sprawi chociaż na chwilę, że zapomnę o tym, że świat jest szarobury, a następnego dnia czeka na mnie nadal spiętrzona góra zadań i obowiązków. Czegoś pluszowego, czego przeczytanie będzie podobne do owinięcia się kocem z najmiększej wełny na świecie w towarzystwie dwudziestu uroczych szczeniaczków, z kiwającymi się nad nami chmurkami z waty cukrowej. Czegoś, co nie będzie ode mnie niczego wymagać.

Romanse – te ciepłe, zabawne, napisane z humorem i pomysłem – są dla mnie często właśnie taką odskocznią. Fakt, że często opierają się na tych samych schematach jest wręcz zaletą – to rodzaj książek, który raczej mnie nie zaskoczy, jeśli więc nie odbiję się od pierwszych kilku rozdziałów, to raczej nie straumatyzuje mnie też zakończenie. Są ekwiwalentem pochłonięcia dużej tabliczki czekolady w ciągu godziny, z tą różnicą, że po książce nie ma się wyrzutów sumienia.

Zbliżenie pokazujące parę chwilę przed pocałunkiem. Artykuł: "Dlaczego czytam romanse", Postscript.pl
Photo by Avonne Stalling on Pexels.com

I jeśli wydaje się wam, że powieści tego rodzaju są wyłącznie niemądre i przeznaczone dla średnio rozgarniętych gospodyń domowych, to obawiam się, że jesteście w ogromnym błędzie. Romans – jako gatunek czytany głównie przez kobiety – padł ofiarą tego samego schematu, co wszystkie inne rzeczy i zajęcia za kobiece uważane – czyli uznano go za gorszy i mniej wartościowy, bo niemęski. Należy na dodatek do literatury ściśle rozrywkowej, co tylko pogarsza sprawę – tak jak w fantastyce czy kryminale można zawrzeć poważniejsze wątki, w opowieści skupionej na wątku miłosnym jest to już dużo trudniejsze. Do seksizmu dochodzi nam więc też elitaryzm – w końcu to, co służy wyłącznie rozrywce, nie może być dobre. Lubimy też nobilitować cierpienie i trudne losy, a nieszczęśliwe zakończenia uznaje się za bardziej realistyczne i “ambitniejsze” niż takie, gdzie sprawy przybierają pozytywny obrót – co kłóci się z kolei z celem większości romansów.

Każdy gatunek literacki, czy to rozrywkowy, czy poważniejszy, ma swoich grafomanów i swoje gwiazdy. Czytałam książki non-fiction napisane fatalnie i bez polotu; czytałam też wybitnie dobrą, genialnie napisaną fantastykę czy skrzące się od polotu i humoru romanse, i odwrotnie. Każdy gatunek ma też tropy uważane powszechnie za złe (tu chociażby słynne “rozrywanie gorsetów”…) – ale nie każda powieść do tego gatunku należąca czyni z nich użytek.

Czytam romanse, bo czasem lubię wyobrażać sobie świat, w którym wszystko kończy się dobrze. Czytam romanse, bo czasem potrzebuję czegoś pluszowego i mniej skomplikowanego od rzeczywistości.

Czytam romanse, bo lubię.

A wy?

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Leave a Reply