26. Czy autor ma wpływ na okładkę książki?

Jeśli zdarzyło wam się w życiu pisać coś kreatywniejszego niż rozprawkę na polski, zdarzyło się wam też pewnie marzyć o książce z waszym nazwiskiem na grzbiecie. Wyobrażaliście sobie, jak będą wyglądać wasi bohaterowie; jakie szczegóły chcielibyście zawrzeć na ilustracji i co byłoby dla was najważniejsze. Rzeczywistość jest jednak smutna i brutalna, na pytanie więc „czy autor ma wpływ na okładkę swojej książki?” istnieją dwie odpowiedzi: krótka i dłuższa. A krótka brzmi: nie bardzo.

Przedźmy więc do dłuższej.

Ścieżka tradycyjna i relatywnie bezpieczna

Zamierzacie wydać książkę w tradycyjnym wydawnictwie? Wiecie, takim, do którego wysyła się tekst, a jeśli macie ogrom szczęścia, talentu i wpisujecie się w aktualnie panujące na rynku trendy, to dostajecie potem gotową książkę? No to szansa, że będziecie mieć jakikolwiek wpływ na okładkę, jest znikoma.

W solidnym wydawnictwie waszą powieścią zajmować się będzie sztab specjalistów – a w każdym razie, tak wygląda ideał (bywa, że rzeczywistość chodzi swoimi drogami, a terminy i budżety już w ogóle wytyczają własne ścieżki na mapach). Waszym dziełem zajmie się redaktor, korektor, składacz (odpowiedzialny za wnętrze), grafik (okładka), a na dodatek wydawnictwo będzie waszą książkę promować. Tutaj czas na kolejną gorzką prawdę – najprawdopodobniej każda z tych osób będzie się znała na swojej dziedzinie dużo, dużo lepiej, niż moglibyście znać się na niej wy.

Napisanie książki niewątpliwie jest sporym osiągnięciem, wymagającym niekiedy potężnego umysłowego wysiłku, determinacji i kreatywności. Żadna cecha charakteru, ani ilość wykonanej pracy, nie sprawi jednak, że nagle staniecie się specjalistami w zupełnie innej dziedzinie, z którą dotychczas nie mieliście styczności.

Prawda jest taka, że w większości przypadków autor nie ma pojęcia, co na tej nieszczęsnej okładce powinno się pojawić – a jeśli ma, to często nie ma racji (tak, wiem, brzmi brutalnie). Nie chodzi tu tylko o poczucie estetyki – choć to też jest naturalnie ważne, bo tego, co wygląda dobrze na okładkach, trzeba się zwyczajnie nauczyć. Chodzi tu też o specyfikę gatunku. O wiedzę odnośnie tego, co się faktycznie sprzedaje na danym rynku. O świadomość, że niektórych kolorów nie powinno się razem zestawiać. O orientowanie się, za użycie jakiego fontu czekają nas ognie piekielne. O rozenanie w technikach druku, rodzajach papieru, kosztach produkcji, i dziesiątkach innych czynników, na które składa się wiedza profesjonalisty.

No dobrze, teraz, kiedy już powiedziałam wam, że nic nie wiecie i na nic nie ma macie wpływu: czy są sytuacje, w których wkład autora książki w kształt oprawy graficznej jest jednak ważny i w ogóle możliwy?

Jasne.

anonymous man with book in hand
Photo by Karolina Grabowska on Pexels.com

Jeśli ludzie, z którymi współpracujecie, znają się na swojej pracy, to nie zaproponują wam okładki, która pokazuje nieprawdę – na przykład, jeśli wasza książka to lekka obyczajówka o kobiecej przyjaźni, to raczej nie powinniście jej reklamować obrazkiem pary w namiętnych objęciach. Zdarza się jednak, że taka sytuacja może zajść – i wtedy mocna opozycja ze strony autora jest jak najbardziej na miejscu. Tak samo, jak kiełkujące wątpliwości odnośnie tego, czy ludzie zajmujący się waszą książką naprawdę wiedzą, co robią.

Poza tym, nawet jeśli ostateczna decyzja nie będzie należała do autora, to wiele wydawnictw nie będzie całkowicie ignorowało jego opinii Jest spora szansa, że jeśli pisarz wyrazi jakieś życzenia odnośnie okładki, to zostaną one przekazane grafikom i specom od marketingu – i jeśli te sugestie nie będą książce szkodzić, to prawdopodobnie zostaną uwzględnione.

Naturalnie, im więcej macie doświadczenia i im więcej książek już sprzedaliście, tym większa będzie wasza siła przebicia. Stephen King, na przykład, mógłby mieć zapewne dużo więcej do powiedzenia na temat okładki swojej nowej powieści, niż nerwowy debiutant (choć pytanie brzmi też czy po napisaniu tylu książek, co King, autorowi jeszcze na tym zależy).

Powyższe nie jest jednak regułą – Ann Rice, słynna autorka „Kronik wampirów”, przyznała kiedyś na Twitterze, że nigdy nie miała kontroli nad tym, jak wyglądały jej powieści. Co więcej, ze wszystkich wydań podobało jej się zaledwie kilka.

Ścieżka nowatorska i pełna niebezpieczeństw

Powyższe akapity pewnie nie brzmią zbyt optymistycznie, ale wszyscy wiemy przecież, że książek nie wydaje się jedynie w tradycyjnych wydawnictwach – książki autorzy wydają także sami.

Jeśli decydujecie się na tzw. self-publishing, to dużym plusem dla was będzie możliwość kontrolowania każdego etapu produkcji. Ta opcja jest jednocześnie też największym minusem – bo sami będziecie musieli znaleźć redaktora, zadbać o korektę, okładkę, skład, druk, promocję czy dystrybucję. Sami będziecie musieli też im zapłacić i kontrolować ich pracę, ufając, że znalezieni przez was specjaliści dobrze wywiążą się ze swoich obowiązków.

Naturalnie, możecie też zdecydować się na przeskoczenie jednego lub kilku z tych etapów – zrezygnować na przykład z korekty czy redaktora (co nigdy nie jest dobrym pomysłem). No i, naturalnie, samemu zaprojektować okładkę i spróbować złożyć książkę (to też nigdy nie jest dobrym pomysłem).

Smutnym faktem jest to, że amatorskie projekty można zidentyfikować jako takie na pierwszy rzut oka. Książka nie jest przedmiotem, w którego produkcji można sobie pozwolić na zbyt wielkie oszczędności – to obiekt, który ma zostać z nami na długie lata, którego czytanie ma sprawić komuś przyjemność, i z którego zwyczajnie fajnie jest być dumnym. Jest sporo drobiazgów, które tę przyjemność z czytania mogą zepsuć, a o których trzeba najpierw wiedzieć (pamiętacie tekst: Co ci przeszkadza w czytaniu?). Kontrola nad każdym elementem twojej powieści brzmi super, dopóki nie okazuje się, jak bardzo jest to w praktyce skomplikowane.

anonymous person with binoculars looking through stacked books
Photo by Andrea Piacquadio on Pexels.com

Naprzeciw takim problemom wychodzą coraz częściej w niektórych krajach platformy, których celem jest zaoferowanie poszukującemu autorowi wszystkich tych usług w jednym miejscu – pobierają za to po prostu większą opłatę. Prym wiedzie tu naturalnie Amazon i jego system Kindle Direct Publishing – w którym można skorzystać jedynie z usług druku i dystrybucji, ale też z usług projektowych. Na zachodnim rynku jest jednak z czego wybierać nawet, jeśli nie chcemy dorzucać się do majątktu Bezosa. Sama współpracuję na przykład z platformą Boldbooks.no – norweskim odpowiednikiem amerykańskich platform self-publishingowych, oferującym autorom kontakt ze sprawdzonymi podwykonawcami.

Specyfika self-publishingu w pięknym kraju nad Wisłą jest jednak nieco inna. Autorzy wydający swoje dzieła własnym sumptem w Stanach czy Wielkiej Brytanii są w stanie sprzedawać swoje dzieła w ogromnych nakładach, dzięki czemu istnienie wielkich platform self-publishingowych ma sens. U nas podobne usługi oferują pojedyncze wydawnictwa self-publishingowe, niemniej jakość oferowanych przez nie projektów graficznych określiłabym eufemistycznie jako „pozostawiającą wiele do życzenia”.

Podsumowując

Czy zatem jedyne opcje dostępne autorowi to „zero wpływu/tradycyjne wydawnictwo” i „pełna kontrola/self-publishing”? Jasne, że nie.

Możecie trafić na otwarty zespół wydawniczy, który wysłucha waszych uwag odnośnie projektu. Możecie podejść do self-publishingu solidnie, porozmawiać z wieloma specjalistami i wybrać najlepszych.

Mając w rękach ładną, rzetelnie wydaną książkę – czy to tradycyjnie, czy self-publishingowo – pamiętajcie jednak, że trzymacie przedmiot będący nie tylko efektem pracy całej rzeszy ludzi – ale też efektem tego, że autor postanowił im zaufać.

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Leave a Reply