27. Literatura wysoka i niska, czyli dlaczego nie lubię kulturowego snobizmu

Wyobraźmy sobie taką sytuację: bierzecie do ręki dzieło uznawane za klasyk literatury. Nasłuchaliście się o przełomowym obrazie społeczeństwa, realistycznym odmalowaniu rzeczywistości, metaforach wplecionych misternie w przestrzeń każdego akapitu. Siadacie z dziełem w fotelu, otwieracie na pierwszej stronie. Zaczynacie czytać… i po pięciu kartkach macie dosyć. Jesteście jednak cierpliwi – ślęczycie nad dziełem dalej. Przecież sporo tekstów rozkręca się powoli, myślicie, to nic dziwnego. Przebijacie się przez rozdział pierwszy, drugi, trzeci, ale nadal nie wiecie, dlaczego Słowacki wielkim poetą był. Może czegoś nie rozumiecie? Może nie jesteście akurat w nastroju na tak epokowe dzieło i powinniście dać mu poleżeć na półce ze dwa miesiące? A może (ale do tego nigdy się głośno nie przyznacie!) epokowe dzieło jest tak naprawdę książką zwyczajnie nudną, a wy skusiliście się na łatkę „literatury wysokiej”?

Jakiś czas temu zdarzyło mi się sięgnąć po dwa różne utwory opowiadające o literaturze – zbiór esejów „Misterium i maniery” Flannery O’Connor oraz film „Niech gadają” w reżyserii Stevena Soderbergha z Meryl Streep w roli głównej. Żadne z nich nie przypadło mi szczególnie do gustu, ale oba mówiły o książkach momentami w podobny sposób – traktując tę część literatury, która nie jest odpowiednikiem intelektualnej siłowni, jako wyraźnie gorszą, mniej wartościową, nie wymagającą pisarskiego talentu czy umiejętności. Przyznaję otwarcie, że takie podejście działa na mnie jak czerwona płachta na byka – jeśli chodzi o kulturę, zwyczajnie nie cierpię snobizmu.

O rozrywce słów kilka

Zastanowiliście się kiedyś, czego szukacie w książkach? W moim przypadku są to przede wszystkim dwie rzeczy – poszerzenie wiedzy o świecie i rozrywka.

Pierwszą z tych potrzeb zaspokajają reportaże i literatura popularnonaukowa, drugą – zazwyczaj fantastyka i sci-fi. Kiedy czytam beletrystykę, najczęściej nie chcę czytać o świecie takim, jak mój i ludziach takich, jak ja – mam ich pod dostatkiem na żywo. Nie mam ochoty rozgrzebywać bolesnej historii, nurzać się w tragediach i rozpracowywać podobnych do moich problemów. Literatura to dla mnie eskapizm – ucieczka do świata, który jest barwniejszy, intensywniejszy, a przede wszystkim – inny.

Opowieści, które nie zaspokojają moich czytelniczych potrzeb, nie uważam za gorsze – po prostu omijam je szerokim łukiem, akceptując, że nie zmuszę się do lubienia czegoś, co zwyczajnie mnie nudzi.

I jednocześnie raz za razem zmuszona jestem wywracać oczami, kiedy widzę kolejne osoby powtarzające jak mantrę stwierdzenie, że literatura „gatunkowa” (czyli fantastyka, kryminał, romans, itp. itd…) jest „niedojrzała”, „płytka” czy wręcz „dziecinna”.

Czy ktoś już odkrył, dlaczego niektórzy z nas czują nieprzemożną potrzebę pogardzania tym, co służy po prostu przyjemności?

Loża dla VIP-ów

Przedstawię wam, wydawałoby się, oczywistą tezę – każdy typ literatury będzie obejmował teksty genialne, teksty lepsze, teksty gorsze, i teksty zwyczajnie szkodliwe.

Jeszcze niedawno za książki pośledniego rodzaju uchodził kryminały – na ich czytelników patrzono pobłażliwie, a pisarze czujący się w tym gatunku najlepiej nie mieli wstępu na literackie salony. Od kilkunastu lat jednak kryminał przeżywa renesans, a krytycy i opinia publiczna powoli zaakceptowali, że twórcy takich książek również mogą popisać się warsztatowym kunsztem i tworzyć prozę nie tylko porywającą, ale też zwyczajnie dobrze napisaną.

Są jednak gatunki, które do loży dla VIP-ów jeszcze nie wpuszczono – czymś w końcu trzeba gardzić. Jednym z nich jest fantastyka, która do szerokiej świadomości przebija się wyjątkowo powoli. I tak, mamy już coraz więcej jaskółek – chociażby Nike dla „Baśni o wężowym sercu” Radka Raka. Nadal znajdzie się jednak sporo osób, które czytanie fantastyki uznają za zabawę dla dużych dzieci, nie potrafiących z jakiegoś powodu dorosnąć – na festiwale „ogólnoliterackie” twórców powieści fantasy czasem w ogóle się nie zaprasza. A kiedy trafi się pozycja ze wszelkich miar świetna, ale fantastyczna, krytycy wiją się jak piskorze, usiłując uniknąć nazwania rzeczy po imieniu. Język okazuje się wtedy bardziej gibki niż zawodowy atleta – fantasy staje się nagle „realizmem magicznym” czy „powieścią obyczajową ze szczyptą magii”.

A wszystko to po to, żeby nie przyznać, że „rozrywka” i „wartościowy tekst” wcale się nie wykluczają.

Straszak na czytelników

Jeśli spojrzycie na kampanie promujące w naszym pięknym kraju czytelnictwo, tego literackiego snobizmu zobaczycie całkiem sporo.

Akcje organizowane ze wsparciem państwa często skupiają się na klasykach literatury i promują czytanie autorów takich, jak Sienkiewicz czy Słowacki. Nie byłoby w tym nic złego, ale powiedzmy sobie szczerze – rzucanie komuś, kto z reguły nie czyta, Sienkiewicza, to jak postawienie przed jamnikiem krowy i próba wytłumaczenia mu, że to tak naprawdę smaczny kotlet. Z drugiej strony mamy akcje społeczne czy komercyjne, takie jak popularny profil „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka!” czy krążące niegdyś po social mediach „Kto czyta, nie błądzi…” wyśmiewające brak wiedzy o polskim kanonie.

I, no właśnie – wyśmiewające. Jakkolwiek nie można odmówić autorom takich akcji pomyślunku, to jednak trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek poczuje się zachęcony do czytania tym, że ktoś go wyśmieje. Nie da się zaprzeczyć, że wiedza o kanonie literatury jest ważna – bez niej nie zrozumiemy sporej ilości odniesień w innych tekstach czy nawet w życiu publicznym. Pomyślcie jednak: co poczuliście, kiedy ostatnio ktoś z premedytacją zawstydził was, bo czegoś nie wiedzieliście? Głębokie pragnienie zgłębienia tematu czy wręcz przeciwnie, niechęć?

Z jakiegoś powodu kampanii promujących czytelnictwo, które nie pokazują osób nieczytających jako w jakiś sposób gorszych, w Polsce ze świecą szukać. Fajną akcją jest na pewno CzytamPL, w trakcie której co roku udostępniane są za darmo na miesiąc wybrane książki, ale poza tym nie przychodzi mi do głowy żadna ogólnopolska inicjatywa, która próbowałaby faktycznie przekonać kogoś do czytania. Wręcz przeciwnie – nietrudno jest odnieść wrażenie, że jedynym rzeczywistym efektem takich przedsięwzięć jest połechtanie ego tych, którzy już czytają – i to czytają sporo (a tych, jak wiemy, nie ma zbyt wielu).

Co roku publikowane i szeroko omawiane statystyki czytelnictwa sprawiają bowiem, że osoby czytające słynne „więcej niż 7 książek rocznie” doskonale zdają sobie sprawę z tego, że są w mniejszości. Jeśli dodamy do tego przekonanie o tym, że literatura to „lepsza” forma spędzania czasu, nietrudno jest dojść do wniosku, że czytając, należymy do wąskiej elity obywateli, którzy wiedzą o świecie więcej, rozumieją go lepiej, i ogółem stoją stopień wyżej w hierarchii od tych, którzy dla rozrywki oglądają Netfliksa czy grają w piłkę. „Elita” jest jednak z natury gronem nielicznym, trudno dostępnym i wykluczającym każdego, kto nie spełnia wyśrubowanych warunków przynależności – możemy więc gardzić wtedy tymi, którzy nie czytają, a w ostateczności – tymi, którzy czytają książki „pozbawione wartości”. Niektóre polskie kampanie czytelnicze mają więc – przynajmniej dla mnie – po części wydźwięk: „jeśli nie czytasz, gardzimy tobą, ale jeśli zaczniesz, to też będziesz mógł gardzić innymi!”.

Czy każda literatura jest spoko?

Nie namawiam tutaj do całkowicie bezkrytycznego podejścia do każdej książki i uznawania każdej lektury za równie wartościową. Powtórzę siebie sprzed kilku akapitów: każdy typ literatury będzie obejmował teksty genialne i teksty zwyczajnie szkodliwe. Jak najbardziej należy potępiać pozycje promujące niezdrowe wzorce i zjawiska, takie jak chociażby kultura gwałtu czy rasizm. Fajnie byłoby jednak, gdybyśmy nie patrzyli z góry na konkretne gatunki czy ludzi tylko dlatego, że ich czytelnicze wybory nie pokrywają z naszymi.

Różne książki są odpowiedzią na różne potrzeby – często potrzeby tej samej osoby w różnych momentach. Niektórzy będą czasem szukać komentarza społecznego, lektury zgłębiającej jakieś zjawisko, fabuły jednocześnie wciągającej i wymagającej, a czasem – przyjemnego odmóżdżacza, przy którym można się roześmiać, odpocząć i na chwilę przenieść do innej, mniej skomplikowanej rzeczywistości. I wszystko to mogą znaleźć wewnątrz jednego gatunku, a mogą – w kilku różnych.

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Leave a Reply