31. Czego nie lubię w publishingu

Blog książkowy to idealne miejsce do rozpisywania się o tym, co w książkach cudowne; do dzielenia się recenzjami, zachwytami, i litaniami „och” i „ach”. Jest to też jednak idealne miejsce do popastwienia się nad tymi dziełami – i zachowaniami – które są już zachwytu mniej warte, i to zamierzam robić właśnie dzisiaj. W czterech zwięzłych akapitach: o tym, czego w książkach i publishingu nie lubię.

Kiedy marketing jest ważniejszy od treści

Zdarzyło wam się kiedyś zerknąć na okładkę po rozpoczęciu czytania i zastanowić się, czy drukarnia przypadkiem nie pomyliła plików? Mi – owszem. Winne tego grzechu są zazwyczaj duże wydawnictwa, gdzie tempo pracy jest często bardzo szybkie – co niesie ze sobą niebezpieczeństwo przeoczeń i omijania detali. Pal licho, jeśli bohaterka na okładce ma zły kolor włosów; gorzej, jeśli całość nawiązuje do wydarzeń mających nikły związek z fabułą. Autor często nie ma wpływu na wygląd oprawy (szerzej pisałam o tym tu: 26. Czy autor ma wpływ na okładkę książki?), przez co decyzje tego typu są często pokłosiem nadgorliwego działu marketingu. Na przykład? Ktoś, gdzieś stwierdza, że książka lepiej sprzeda się jako romans, mimo, że tak naprawdę jest lekką przygodówką (a żeby dojrzeć wątek romantyczny, trzeba mocno mrużyć oczy). Wstawiamy więc na okładkę parę w namiętnym uścisku i nie przejmujemy się szczególnie faktem, że czytelnik po wgryzieniu się w fabułę może poczuć się lekko skołowany.

Takie samo niebezpieczeństwo czyha niekiedy na blurby – czyli tekst z tyłu książki, mający reklamować ja zainteresowanemu czytelnikowi – i często pokrótce streszczający treść. Zdarzało mi się trafić na powieści, których fabuła nijak nie miała związku z tym, co wydawca umieścił na czwartej stronie – wyeksponowane były tam albo w rzeczywistości niszowe wątki, albo całość tekstu wydawała się doklejona z zupełnie innej bajki.

Do serii „rzeczy nie do końca zgodne z prawdą”, które wydawcy lubią robić z książką, można dorzucić też np. rekomendacje. Słynny autor polecił jedną książkę napisaną przez X? Dodajmy to polecenie na okładce każdej innej książki X – dla pewności tekstem dużo większym, niż nazwisko właściwego twórcy książki.

Kiedy utrudnia mi się czytanie

Złożenie książki nie jest zadaniem prostym – wymaga sporo wiedzy, umiejętności, i niekończącej się cierpliwości do detali. Jest cały legion drobnych pozornie elementów, które czytanie mogą utrudniać, lub wręcz uniemożliwiać. Pokrótce jednak można tu wymienić: zbyt wąskie marginesy, brak zachowanej hierarchii tekstu – na przykład, w książkach non-fiction, mały kontrast pomiędzy tytułami, podtytułami a treścią, zbyt mała (lub zbyt duża…) czcionka. Nieustannie wybijają mnie też z rytmu błędy w e-bookach – jak na przykład ilustracje, które w wersji elektronicznej okazują się wielkości znaczka pocztowego, czy brak wygodnych odstępów między poszczególnymi elementami. Takie grzeszki popełniają nawet spore wydawnictwa, które niby powinny e-booki umieć składać – jak widać, nasz rynek ma pod tym kątem jeszcze trochę do nauczenia się.

Jako, że składem zajmuję się też sama, zwracam uwagę też na masę innych drobiazgów – więcej o nich tu: 6. Co ci przeszkadza w czytaniu… ale to już kwestia zboczenia zawodowego.

Kiedy ostentacyjnie podąża się za trendami

Pamiętacie jeszcze „Mężczyzn, którzy nienawidzili kobiet” Stiega Larssona? Sukces, który odniosła seria szwedzkiego autora był oszałamiający – czytali ją wszyscy, czego konsekwencją była fala kolejnych skandynawskich kryminałów, które nie straciły popularności do dziś – i nie bez powodu. Problem w tym, że tytuły książek, które wychodziły w krótkim okresie po Larssonie, często dobierane były wedle tego samego klucza – dostaliśmy więc np. „Mężczyznę, który przestał płakać” Ninni Schulmann , „Mężczyzn, którzy lubią niebezpieczne zabawy” Helene Tursten (oryg. tytuł „Tatuerad torso”, czyli dosłownie „Wytatuowany Tors”) „Mężczyznę, który się uśmiechał” Henninga Mankella , czy „Mężczyznę, który przychodził w niedzielę” Thomasa Kangera… i tak dalej – tytułów wedle wzoru „X, który Y” pojawiło się w tamtym okresie dużo więcej.

Okładki książek "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", "Mężczyzna, który się uśmiechał, "Mężczyzna, który przestał płakać". Post: Czego nie lubię w publishingu.

Podobna sytuacja miała miejsce w gatunku Young Adult całkiem niedawno, kiedy ogromną popularność zdobyła książka „Children of Blood and Bone” Tomi Adeyemi. Kolejne książki YA podejrzanie często zaczęły być wydawane z tytułami podążającymi za szablonem – „X of Y and Z”… na przykład: „A Song of Wraiths and Ruin” Roseanne A. Brown, „Girls of Paper and Fire” Natashy Ngan czy „Crown of Coral and Pearl” Mary Rutherford.

Kiedy leniwie podchodzi się do ilustracji

Jedną z popularniejszych technik tworzenia ilustracji na okładki, z którą też sama najczęściej pracuję, jest fotomontaż – czyli bazowanie obrazu na zdjęciach, często z elementami domalowanymi ręcznie czy domodelowanymi w programach 3D. Zdjęcia takie najczęściej się kupuje – istnieje sporo stron dostarczających materiały do pracy z książkami różnych gatunków, a także duże „banki” zdjęć, takie jak Shutterstock czy Adobe Stock.

Problem z tym, że mimo iż w bankach ilość fotografii możliwych do pobrania liczy się w milionach, to znalezienie na przykład dobrej jakości zdjęć modelki pasującej idealnie do treści i klimatu książki, którą mamy zadanie zaprojektować, wcale nie jest proste. Jeśli nie chcemy siedzieć nad ilustracją kilkanaście godzin, składając, na przykład, postać z 5 różnych fotografii, tło z kolejnych pięciu, a potem dopracowując szczegóły, to staramy się znaleźć coś, co mniej więcej wpasowałoby się we wszystkie nasze wymagania. Czyli, powiedzmy: szukamy szczupłej brunetki w quasi-średniowiecznym stroju fantasy z jakiegoś rodzaju bronią. Znajdujemy takie zdjęcie na pierwszej stronie wyszukiwania? Super, jedziemy dalej… i próbujemy nie zauważać trzydziestu innych książek, które na okładce mają dokładnie tę samą modelkę.

Po kilku latach pracy dla dużego dużego wydawnictwa, bezbłędnie rozpoznaję już, z jakiego stocka korzystał autor okładki, a niekiedy jestem nawet w stanie podać nazwisko modela. W 2015 „The Guardian” zrobił na przykład wywiad z Jasonem A. Bacą, który do tego roku pojawił się na ponad 400 okładkach romansów: [KLIK]

Z kolei w wydawanych zazwyczaj własnym sumptem książkach fantasy i YA prym wiedzie Jessica Truscott:

Okładki książek"The Spear of Destiny", "Eyes of the Tiger", "Demon's Dance", z modelką Jessiką Truscott.

Dlaczego jestem przeciwna tego typu zabiegom? Dlatego, że uważam je za nieuczciwe w stosunku do autora i książki. Z jednej strony rozumiem szybkie tempo, brak czasu, ograniczony budżet – sama miałam okazję pracować w ten sposób. Z drugiej – nawet książkom typowo rozrywkowym i kierowanym do szeroko odbiorcy da się zaproponować coś, co nie jest powieleniem kropka w kropkę tego schematu, nadal wpisując się w stylistykę gatunku.

Kiedy…

Z tego radosnego narzekania wyciągnąć można jeden wniosek – źle się dzieje, kiedy książce nie poświęca się należnego jej czasu i funduszy. Dorzucilibyście coś do mojej listy?

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Ten post ma 4 komentarzy

  1. Alicja

    Na blurbie raz zaspoilerowano mi właściwie zakończenie książki. Była to Rozpacz Nabokova, myślałam, że plot twist nadejdzie dużo szybciej, skoro pojawił się na okładce, ale okazało, się że było mu bliżej do zakończenia…. chyba wydawnictwo chciało sprawic, żeby fabuła brzmiała ciekawiej.

    1. Marta

      Ał, to już boli 😀

  2. Mnie osobiście doprowadza do szału ostatnia moda na nietłumaczenie tytułów. Zielonego pojęcia nie mam, z czego to wynika, ale jak jestem w stanie zrozumieć np. zachowanie tytułu Mony Kasten „Save us”, tak zostawienie „A Curse so Dark and Lonely” w ogóle do mnie nie przemawia. Kasy zabrakło dla tłumacza na zrobienie tytułu? No, litości, proszę…

    1. Marta

      O jeżu, tak! Mignęło mi „A Curse so Dark and Lonely” na Legimi, i szczerze mówiąc odrzucił mnie totalnie ten angielski tytuł, nie rozumiem tego zabiegu.

Leave a Reply