36. Nie bądź perfekcjonistą, czyli o korekcie

Przyznam się wam do czegoś: jeszcze niedawno byłam okrutną perfekcjonistką. Stawiałam bardzo wysokie wymagania zarówno sobie, jak i innym, a każde, najmniejsze nawet potknięcie traktowałam jako osobistą porażkę, która natychmiastowo uruchamiała w mojej głowie lawinę wyrzutów. Drukarnia odesłała mi plik do poprawki, bo pomyliłam się o milimetr w wymiarze grzbietu? Kompletnie nie znam się na swojej pracy! Przeoczyłam jedną pozycję z listy poprawek o pięćdziesięciu punktach? Olaboga, wstyd, chyba powinnam się przekwalifikować! W podobny sposób patrzyłam też na książki, które sama czytałam – w głębi serca czułam odrobinę złośliwej satysfakcji za każdym razem, kiedy znajdowałam literówkę czy dowolny błąd składu. Z czasem i rosnącą wiedzą (i sporą ilością godzin terapii!) przyszła jednak chwila na refleksję – i danie zarówno sobie, jak i innym, trochę przestrzeni na bycie ludźmi. W tym wpisie dwa słowa właśnie o tym – czyli o perfekcjonizmie i o tym, jak przy produkcji książek wygląda korekta.

Dlaczego oczy nie widzą

Jak reagujecie, kiedy zdarzy wam się znaleźć literówkę?

Zgaduję, że w większości przypadków unosicie brwi i czytacie dalej, ale przez myśli przemyka wam pewnie myśl o językowym niedbalstwie. Jeśli znajdziecie ich więcej, zaczynacie zastanawiać się, czy ktoś w ogóle dokonał tu korekty; jeśli pojawią się trzy lub cztery, będziecie się już irytować. Fakt faktem, błędy w wydanych dużym kosztem książkach tłumnie pojawiać się nie powinny – ale mimo to nawet szanowanym wydawnictwom zdarza się takie pozycje wypuścić. Dlaczego?

Po pierwsze, naturalnie i mało zaskakująco: koszty. Im mniejszy budżet mamy na wydanie książki, tym większa szansa na to, że wydawnictwo – czy autor, jeśli mówimy o self-publishingu – zdecyduje się na rezygnację lub skrócenie jednego z etapów pracy nad nią. Może to przybierać różne postaci, ale stosunkowo często podejmowaną decyzją jest rezygnacja z korekty, przynajmniej częściowa (albo obarczenie odpowiedzialnością za nią redaktora, którego praca polega jednak na czymś innym niż wyłapywanie literówek).

Jeśli z korekty zrezygnujemy całkowicie, to nie ma według mnie opcji, która pozwoliła by nam uniknąć powodzi błędów. Jeśli zastosujemy korektę w ograniczonym zakresie (na przykład, w książce długiej na kilkaset stron będzie jej dokonywała jedna osoba), takie błędy też się w książce pojawią – jeden człowiek nie jest w stanie wyłapać każdej dodatkowej spacji, każdej źle postawionej kropki, każdego brakującego przyimka czy brakującej literki. Korekta nie powinna też nigdy występować w przyrodzie w wersji pojedynczej – czyli nie powinna być wykonana tylko raz. Przez całą książkę powinno przejść się kilkukrotnie, i to najlepiej nie raz za razem, a dając sobie trochę na to czasu.

Znaki stosowane w tekście przez redaktorów i korektorów. Co ciekawe, można je też stosować w wersji cyfrowej – Adobe Acrobat na przykład ma opcję „pieczątek” korektorskich. Źródło: „Typografia książki: podręcznik projektanta”, Michael Mitchell,
 Susan Wightman.

Ludzki mózg działa często bowiem w podstępny sposób – i jednym z tych sposobów jest mechanizm sprawiający, że po jakimś czasie fizycznie przestajemy widzieć błędy. Odnosi się on nie tylko do tekstu, ale też na przykład do pracy nad jakimkolwiek rysunkiem czy obrazem. Jeśli patrzymy na coś wystarczająco długo, mózg uzna obraz, który wciąż pojawia się przed naszymi oczami za prawidłowy – niezależnie od tego, ile błędów faktycznie się na nim znajduje. Artyści mają na to sposoby – mogą swoje dzieło zwyczajnie odwrócić do góry nogami, czy zastosować lustrzane odbicie – to wystarczy, żeby umysł zaczął znowu zauważać nieprawidłowości. W przypadku pracy nad tekstem jednak odwrócenie kartki o 180 stopni jednak za wiele nam nie da – żeby zacząć ponownie widzieć błędy należy dać szarym komórkom odpocząć i najzwyczajniej na świecie przez jakiś czas popatrzeć na coś innego.

Trochę to wyjaśnia, dlaczego gdzieniegdzie może prześlizgnąć się jakaś literówka, prawda? Ich obecność w książkach (czy innych błędów – tutaj pisałam o tym, 6. Co ci przeszkadza w czytaniu) naprawdę niekoniecznie musi być wynikiem niedbalstwa – równie często, a pewnie nawet częściej, jest konsekwencją presji czasu, małych funduszy i tego, że człowieczeństwa nie da się przeskoczyć.

Efekt ten może być wzmożony też przez okoliczności takie jak wznawianie dzieła wydanego przed latami, czy publikowanie innych tekstów historycznych – wszystkie takie publikacje wiążą się z tym, że praca nie zaczyna się wcale od cyfrowego pliku z książką. Taki tekst trzeba zazwyczaj ręcznie przepisać – i jasne, mamy obecnie różne technologie OCR (optyczne rozpoznawanie znaków, umożliwiające automatyczne zamienienie zeskanowanego tekstu na wersję edytowalną), ale efekty ich działania bywają różne. OCR nie zastosujemy też, jeśli mamy do czynienia z rękopisami albo tekstami z dużą ilością niestandardowych słów (np. specjalistycznej terminologii albo archaizmów). Z tych samych powodów w tym ostatnim przypadku autokorekta będzie większą zawadą niż pomocą – wszystkie literówki będzie więc trzeba wyłapać ręcznie.

Jak powinna wyglądać korekta?

No dobrze – przyjmijmy teraz na chwilę, że żyjemy w świecie idealnym, nie gonią nas terminy, budżet mamy więcej niż wystarczający, i spokojnie możemy pozwolić sobie na dopieszczenie książki w każdym calu. Jak w takim razie powinna wyglądać korekta?

Pierwszej korekty dokonuje (a w każdym razie powinien dokonać) redaktor, jednak jego zadanie jest dużo szersze i nie ogranicza się do wyłapywania błędów – redaktor ocenia też między innymi to, czy fabuła się klei, czy wydarzenia następują po sobie w logiczny sposób, czy autor nie powtarza się, nie zaprzecza sam sobie, i tak dalej. Redaktor pomaga też w wypracowaniu odpowiedniego stylu, wyłapuje błędy językowe, zwraca uwagę, jeśli opis przyrody na stronie 345 jest zbyt rozwleczony. Jego jest ogromna – dobry redaktor może znacząco przyczynić się do odmienienia całej książki.

Po poprawkach redaktorskich tekst wraca zazwyczaj do autora, który nanosi – lub nie (słowo redaktora nie musi być ostateczne) – otrzymane uwagi. Potem następuje kolejna runda – i tu na scenę wkracza właściwy korektor, którego praca polega na wyłapaniu błędów ortograficznych, interpunkcyjnych, gramatycznych itp., a także na dbaniu o spójność zapisu – na przykład dat czy skrótów.

Następny w kolejce jest skład – czyli to, czym zajmuję się ja. Po składzie tekst z zasady powinien wrócić raz jeszcze do rąk korektora, który powinien przejść przez niego ponownie i wyłapać te błędy, które umknęły na wcześniejszych etapach. Korektor powinien też znać się choć trochę na błędach składu, i też zwracać na nie uwagę – w jego trakcie wślizgnąć się mogą bowiem rzeczy takie jak na przykład błędny podział wyrazów, niespójność formatowania, czy niewłaściwie zastosowane wyróżnienia graficzne – takie jak chociażby kursywa, która zaplącze się nie tam, gdzie trzeba.

Po tych dwóch rundach tekst idzie do druku – jeśli poświęciliśmy mu wystarczająco dużo czasu, pozbawiony błędów.

…a jak faktycznie wygląda?

Jeśli tniemy koszty, to jest bardziej niż prawdopodobne, że temu cięciu zostanie poddana przynajmniej jedna z rund korekty. Z pracy z autorami self-publishingowymi wiem, że jeśli ktoś decyduje się na samodzielne wydanie książki, rzadko kiedy wyłoży środki na drugą turę (w zasadzie jeśli wyłożył na pierwszą, to i tak jest nieźle) – zazwyczaj tekst przegląda wtedy już sam autor, jeśli w ogóle. Jak wspominałam już wiele razy wcześniej, dokładności nie służy też pośpiech – jeśli przy korekcie gonią nas terminy, prawdopodobieństwo przegapienia błędu zdecydowanie wzrasta.

Co z tego wynika?

Czy namawiam do usprawiedliwiania każdego błędu, jaki znajdziemy w książce?

Nie.

Jeśli literówki pojawiają się na co drugiej stronie, a kolejny z rzędu akapit nie ma najmniejszego sensu, to nie ma zmiłuj – ktoś nie wywiązał sie ze swoich obowiązków. Nie mam też osobiście litości dla błędów merytorycznych, szczególnie w książkach non-fiction (przy książkach popularnonaukowych powinien też pojawić się redaktor merytoryczny, znający się na danej dziedzinie – ale z tym też bywa różnie).

Jeśli jednak na trzystu kilku stronach powieści znajdziemy kilka nadmiarowych spacji czy zgubionych przecinków, to istnieje szansa, że są wynikiem tego, że korekty dokonywali po prostu ludzie – i może warto przymknąć na to czasem oko.

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Leave a Reply