37. Self-publishing w Polsce a za granicą: z czym to się je

Jeśli chcielibyście wydać książkę, poszlibyście z nią do wydawnictwa, czy raczej próbowalibyście ją wydać przez self-publishing?

Jako projektantka książek pracuję w dużej części z autorami wydającymi książki własnym sumptem – najczęściej pochodzą oni ze Skandynawii, USA czy Wielkiej Brytanii. Samodzielne wydanie swojego dzieła kosztuje, owszem, i wiąże się z wieloma wyzwaniami – mimo to decyduje się na nie coraz więcej osób, szczególnie na rynku anglosaskim. W Polsce self-publishing jest zjawiskiem wciąż raczej niszowym, a na dodatek bardzo specyficznym – sukcesy odnoszą na tym polu głównie osoby już wcześniej znane, a debiutantów pożera często wiecznie głodne vanity publishing. Dlaczego tak się dzieje? I jak to w zasadzie działa?

Self-publishing za granicą

Spójrzmy prawdzie w oczy: polski rynek czytelniczy jest mały.

Nasz naród liczy sobie około 38 milionów członków, statystyki czytelnictwa od lat oscylują jednak wokół tego samego, owianego już legendą poziomu. Choć nakłady są niskie, wydaje się dużo, przebicie się do szerszej świadomości może więc niekiedy przypominać walkę z wiatrakami.

Porównajmy to teraz z ilością osób na świecie, dla których językiem rodzimym jest angielski – jest to, bagatela, milionów 360 (!). Szacuje się, że jeśli dodamy do tego tych, którzy z tego czy innego powodu zdecydowali się go nauczyć, osiągniemy 1 miliard 348 milionów potencjalnych czytelników – różnicę w wielkości rynku widać zatem gołym okiem.

Self-publishing za oceanem zaczął się jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia, wraz z pojawieniem się technologii cyfrowego druku i tak zwanego Print-on-Demand (POD) – modelu druku i dystrybucji, który umożliwił tworzenie nakładów odpowiadających dokładnie zapotrzebowaniu na dany tytuł. Zaraz potem pojawiły się pierwsze czytniki e-booków – Sony wypuściło pierwszy model Kobo w 2004, a Amazon pierwszego Kindle’a – w 2007. Ten drugi na dodatek był połączony z ogromnym systemem dystrybucji i sprzedaży, co sprawiło, że zniknęły wszelakie logistyczne bariery pomiędzy autorami a czytelnikami, dotychczas mocno utrudniające życie obu stronom.

Nagle każdy mógł więc wydać książkę w formie elektronicznej zerowym kosztem – wrzucenie nowej pozycji do katalogu e-booków Amazona nic nie kosztowało. Poziom takich publikacji był na początku boleśnie niski, ale został szybko zweryfikowany przez czytelników – autorzy nauczyli się, że żeby książka przyciągała okładką i nie odrzucała jakością, trzeba najpierw wpompować w nią trochę gotówki.

Kobieta pisząca na laptopie o zmierzchu. Post: Self-publishing w Polsce a za granicą.

Dziś usługa POD jest w anglojęzycznej części świata królową rynku – szybko pojawiły się inne przedsiębiorstwa oferujące podobne usługi, co Amazon, i zapewniające szeroką dystrybucję wydawanych przez siebie tytułów. Decydując się na skorzystanie czy z KDP (Kindle Direct Publishing), czy z Lulu.com, IngramSpark, BookBaby – czy dziesiątek innych platform – otrzymujemy pakiet rozwiązań, dzięki którym nie musimy martwić się o magazynowanie naszego dzieła, rozprowadzanie go po konkretnych księgarniach, czy wysyłkę do indywidualnych chętnych. Nikt nie każe nam też płacić za samo wydanie książki – większość z takich platform gwarantuje sobie jedynie konkretny procent od ceny okładkowej. Amazon na przykład pobiera 35% ceny każdego e-booka wycenionego na mniej niż $2.99 albo na więcej niż $9.99, a 70% od ceny plasującej się pomiędzy tymi widełkami. Plus? Cenę jako autor_ka ustalasz sobie sam_a.

Choć POD sprawia, że autorzy nie muszą martwić się o dystrybucję książki i nie płacą za samo wydanie jej, jeśli chcą zapewnić konkretny poziom swojej publikacji muszą wyłożyć trochę pieniędzy nieco wcześniej – a mianowicie na usługi takie jak redakcja, korekta, czy oprawa graficzna. Przeciętny autor z USA wyda na nie pomiędzy dwa a cztery tysiące dolarów – najwięcej z tej kwoty zostanie przeznaczone na redakcję i skład. Osobiście za pełną okładkę książki proponuję zazwyczaj pomiędzy $500-600 – i umieściłabym się mniej więcej po środku skali, jeśli chodzi o możliwy koszt takiego akurat elementu.

A czy autor wydający książkę sam jest w stanie odnieść komercyjny sukces? Jak najbardziej – szczególnie, jeśli zadba o odpowiednie działania marketingowe, takie jak utrzymywanie rozwiniętych kanałów w social mediach, strategiczne wykupowanie i targetowanie reklam na Facebook’u, stronę internetową książki i tym podobne. W 2016 roku na przykład prawie 30% bestsellerów Amazona stanowiły książki wydane w modelu self-publishingowym.

Przykłady? Chociażby Adam Croft, autor kryminałów – zaczął wydawać swoje dzieła przez Amazon w 2011 roku, a w 2016 jego roczne zarobki sięgnęły prawie 1,5 miliona. Taki sam sukces odniosła na przykład Rachel Abott, której powieści sprzedały się w ponad 20 milionach egzemplarzy i zostały przetłumaczone na ponad 20 języków. Podobnych historii jest multum.

Jeśli mieliście więc jakieś wątpliwości, czy self-publishing w wersji anglojęzycznej się opłaca – jasne, że tak.

Self-publishing w Polsce

W wersji polskojęzycznej wygląda to, niestety, zupełnie inaczej.

Przede wszystkim – z jakiegoś powodu w naszych granicach nie przyjął się system Print-on-Demand. Oznacza to, że nie ma u nas platform takich jak Kindle Direct Publishing, na których potencjalny autor może wgrać pliki z książką, a potem zająć się już głównie marketingiem. Pisarz, który decyduje się na wydanie książki własnym sumptem, każdy element jej produkcji musi organizować osobiście – poza redakcją czy okładką opłacić druk konkretnego nakładu, zmagazynować gdzieś tenże nakład (a jeśli wydrukujecie 1000 egzemplarzy to wierzcie mi, zajmą wam one sporo miejsca), a potem zająć się jego dystrybucją. Jeśli uda mu się podpisać umowę na sprzedaż z lokalnymi księgarniami – sam będzie musiał dostarczyć im uzgodnioną liczbę książek. Jeśli będzie sprzedawał, na przykład, przez swoją stronę internetową – prawdodopodobnie osobiście będzie te książki pakować i truchtać z nimi na pocztę. Istnieje naturalnie opcja przekazania całej tej logistycznej części zewnętrznej firmie – to wiąże się jednak z kolejnymi kosztami i szukaniem kolejnego podwykonawcy.

A jak wygląda dotarcie z produktem do odbiorcy? Różnie. Jeśli jesteście mistrzami marketingu, jest szansa, że uda wam się odnieść sukces – choć będzie to wymagało sporo pracy i wiedzy. Na waszą niekorzyść działało też będzie na pewno to, że dotychczas w Polsce nie było molocha takiego jak Amazon, który w krajach anglojęzycznych opanował lwią część rynku. Dystrybucja literatury w Polsce jest dużo bardziej rozproszona – najlepiej więc, jeśli udałoby się wam dotrzeć zarówno do lokalnych księgarni, jak i sieci takich jak Empik czy Świat Książki.

Mężczyzna przeglądający książki w księgarni. Post: Self-publishing w Polsce a za granicą.

Dwa powyższe akapity brzmią dość ponuro i beznadziejnie, ale mimo to nawet w kraju nad Wisłą są osoby, którym samodzielne wydanie książki nie tylko się udało, ale też przyniosło całkiem spore zyski. Kluczem do takiego scenariusza najczęściej okazuje się posiadanie konkretnej publiczności już przed wydaniem swojego dzieła – świetne wyniki sprzedaży osiągają blogerzy, Youtuberzy czy influencerzy działający na innych kanałach. Z detalami opisał na przykład proces wydawania książki Michał Szafrański z bloga Jak Oszczędzać Pieniądze, który parę lat temu wydał „Finansowego Ninja”. Niezwiązanie się z żadnym wydawnictwem pozwoliło mu wypuścić pozycję grubszą i droższą niż większość podobnych poradników, zastosować inne niż tradycyjne modele sprzedażowe i działania marketingowe – co poskutkowało świetnymi wynikami, bo Szafrański zarobił brutto na swojej książce ponad 1,5 miliona złotych.

Warto jednak zauważyć, że zarobki autora przy samodzielnym wydawaniu będą dużo, dużo wyższe niż te, na które może liczyć w wydawnictwie (przyjmując naturalnie, że tę książkę faktycznie sprzeda). W tradycyjnym modelu wydawniczym autor otrzymuje od 2-15% ceny okładkowej – zakładając więc, że udało nam się wynegocjować 10%, a książka kosztuje 39,99, to na jednym egezmplarzu zarobimy niecałe 4 złote. Wydając książkę samemu, po odliczeniu kosztów zostaje nam 50% lub więcej – a na dodatek pieniądze dostaniemy od razu, podczas gdy wydawnictwa rozliczają się najczęściej w systemach kwartalnych albo półrocznych.

A ile kosztuje samodzielne wydanie książki w Polsce? Ponownie, to różnie. Jeśli pójdziemy po taniości, najprawdopodobniej uda nam się zamknąć w kilku tysiącach złotych. Jeśli, z kolei, zdecydujemy się na lepszej jakości oprawę graficzną, lepszy papier, dodatkowe gadżety marketingowe takie jak zakładki czy magnesy – możemy spodziewać się większych kwot. Szafrański do momentu rozpoczęcia sprzedaży wydał 23 536 zł; Jan Favre z bloga StayFly z kolei, który opublikował dwie powieści, za drugą zapłacił w okolicach 22 200zł.

Pijawki i wampiry, czyli dwa słowa o wydawnictwach vanity

Przepływ mieniędzy w publishingu powinien być prosty – środki powinny płynąć torem czytelnik → wydawca → autor, lub czytelnik → autor. Jeśli jesteś autorem self-publishingowym i w twoim przypadku jest inaczej – masz problem.

Wspominałam już, że polski rynek jest mało przyjazny dla tych, którzy chcieliby wydać książkę sami – i, jak to zazwyczaj bywa, fakt ten postanowił ktoś zagospodarować. Jaki czas temu jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać tzw. „vanity press” czy wydawnictwa „vanity”, oferujące kompleksowy pakiet usług – redakcję, korektę, okładkę, druk, marketing – czyli wszystko to, co powinno robić tradycyjne wydawnictwo, ale… za opłatą. Opłata ta bywa całkiem słona, tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że „wydawnictwa” te często wcale nie rezygnują potem z pobierania procentu od sprzedaży.

No dobrze, myślicie zapewne – ale co złego w tym, że ktoś oferuje nam usługi, za które i tak musielibyśmy zapłacić, w jednym, wygodnym worku? Otóż całkiem sporo.

Przede wszystkim vanity press oferują bardzo niski jakościowo poziom wykonania książki przy wysokim wkładzie finansowym autora. Istnieje spora szansa, że mimo wydania dobrych paru tysięcy złotych redakcja zostanie zrobiona od niechcenia, a okładka będzie raczej straszyć niż zachęcać. Nikt nie będzie się też tak naprawdę starał wypromować waszego dzieła – książki wydawane przez vanity press zwyczajnie przepadają w tłumie. Na dodatek nawet, jeśli napisaliście niezłą powieść, to będzie ona kojarzona z instytucją wydającą wszystko jak leci, niezależnie od jakości – w vanity wystarczy przecież zapłacić. Jeśli zaś chodzi o wasze ewentualne zyski finansowe, też nie ma w tym wypadku na co liczyć – zdarzają się oferty tak absurdalne, że autor nawet po sprzedaniu całego nakładu nie zarabia na książce ani złotówki (biorąc pod uwagę, ile najpierw musiał „wydawnictwu” zapłacić).

To tyle!

I tu zadam wam raz jeszcze to samo pytanie: po przeczytaniu tego tekstu, jeśli chcielibyście wydać książkę, poszlibyście z nią do wydawnictwa, czy raczej próbowalibyście ją wydać przez self-publishing? 😉

Przydatne linki:

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Leave a Reply