42. E-booki: jak się rodzą i dlaczego w bólach

Czytacie e-booki? Jeśli tak, to pewnie spotkaliście się z wieloma ich odsłonami – widzieliście elegancko sformatowane egzemplarze, na których mucha nie siada, ale też klęliście przy przeskakujących z niewiadomego powodu linijkach i tycich obrazkach. W tym poście dwa słowa o tym, jak e-booki się rodzą – czyli, z ilustracjami, droga e-booka od poczęcia w umyśle autora lub wydawcy, do wypuszczenia na świat przez nieco straumatyzowanego składacza.

Ahoj, przygodo!

Kiedy byłam na początku ścieżki projektantki graficznej, chłonęłam każdy skrawek wiedzy jak wodę na pustyni – i wciąż było mi mało. Wydawało mi się, że opanowałam już podstawy składu, wiem co nieco o typografii, czas nadszedł więc ruszyć dalej – i tak skierowałam swoje spojrzenie ku e-bookom. Skoro pracowałam już nad drukowanymi wersjami książek, nie mogło być przecież rzeczą o wiele trudniejszą zamienienie gotowego już w zasadzie pliku na edycję cyfrową, prawda?

…jak się zapewne domyślacie, nieprawda – bo odpowiedzią na pytanie „jak się rodzą e-booki” jest „e-booki rodzą się w bólach”.

E-booki, h2 i margines górny

Pierwsza niespodzianka – to, co widzicie jako czytelnicy na ekranie czytników jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Eleganckie linijki tekstu, który możecie sobie dowolnie powiększać, zmieniać i dopasowywać, są tak naprawdę linijkami kodu, i z perspektywy projektanta wyglądają zazwyczaj tak:

Zdjęcie ekranu z programu Sigil - proces projektowania e-booka. Blog: Postscript.pl
Przynajmniej jest kolorowo!

Języki kodowania, których używa się do tworzenia e-booków, to te, wydawałoby się, najbardziej podstawowe – HTML i CSS, stanowiące też podstawę większości dzisiejszych stron internetowych. CSS to w rozwinięciu Cascading Style Sheets – kaskadowe arkusze stylów, które odpowiadają za wszystkie elementy prezencji e-booka, takie jak chociażby odstępy między akapitami, wygląd i rozmiar grafik, wysokość, na której rozpoczyna się rozdział, i tak dalej. HTML stanowi zaś „szkielet”, w którym tekst „opisany” jest konkretnymi kategoriami odnoszącymi się do arkusza stylów. W tej metaforze zatem HTML to tkanka kostna, CSS to mięśnie i ścięgna, a skóra to warstwa, którą widzi czytelnik – elegancko sformatowany tekst powieści czy innego dzieła.

Zaraz zaraz, powiecie: naprawdę nie da się zbudować e-booka bez grzebania w bebechach? Odpowiedź to zarówno tak, jak i nie. Jeśli wasza książka składa się wyłącznie z liter – nie ma w niej żadnych grafik, tabel, nie chcecie uwzględnić dedykacji, eleganckiej strony tytułowej, przerywać scen ładniejszym ozdobnikiem – istnieje szansa, że zwykła konwersja z pliku Worda do pliku EPUB (najpopularniejszy format e-booków, obsługiwany przez większą część czytników) nie zrobi wam krzywdy. Jeśli jednak macie ochotę stworzyć plik, który nie będzie pójściem po najmniejszej linii oporu, będziecie musieli opanować przynajmniej podstawy kodowania.

Czekaj, czekaj…

No dobrze: ogarniacie wstępnie oprogramowanie, orientujecie się we wspomnianych podstawach i… nie działa.

Niespodzianka druga: nie każdy fragment kodu, który będzie śmigał w otchłani internetu gładko jak po maśle, będzie działał w jakikolwiek sposób w e-booku.

Zarówno języki kodowania, jak i formaty e-booków wciąż się rozwijają, ale te pierwsze robią to niestety w tempie często dużo szybszym. Pliki e-booków ograniczone są też w dużym stopniu przez to, że docelowo czytane mają być na konkretnym sprzęcie, a na dodatek muszą być kompatybilne nie tylko z najnowszymi wersjami czytników (Kindle wypuszcza aktualizację przynajmniej raz do roku), ale też z tymi powstałymi kilka lat temu. Czytniki to specyficzny rodzaj urządzenia, którego nie wymienia się zbyt często – jeśli nie wrzucacie ich w odmęty oceanu ani nie używacie w roli rakiety tenisowej, spokojnie możecie używać jednego przez dekadę.

Bardzo ważna jest też więc dla projektanta wiedza, na jakich urządzeniach docelowo e-book ma być czytany. Jeśli przygotowujemy kolorowego PDF-a z dużą ilością grafik, to pewnie przeglądany będzie on raczej na telefonach czy tabletach typu Ipad, a układ stron będzie stały – możemy więc zamieścić w nim na przykład elementy interaktywne, nawet takie, jak filmy. Jeśli jednak przygotowujemy powieść, to docelowo powinna ona działać na każdym czytniku używanym na danym rynku językowym – odpadają więc klikalne dodatki, a ilość tekstu na stronie powinna dostosowywać się automatycznie do wybranej przez użytkownika czcionki, marginesów czy wielkości. Wiążą się z tym ograniczenia na przykład takie, że w e-bookach niemożliwe jest wycentrowanie tekstu w pionie – nie działa to na wszystkich urządzeniach. Trzeba też uważać na detale takie, jak na przykład odległości między akapitami, wcięcia czy przestrzeń na początku rozdziału – każde urządzenie będzie wyświetlać je nieco inaczej zależnie od wielkości ekranu i ustawień użytkownika.

Na początku było słowo

Jak wygląda e-book na początku swojej drogi? Mniej więcej tak:

Zrzut ekranu z programu Indesign, ilustrujący proces tworzenia e-booka.

Osobiście zawsze zaczynam pracę nad e-bookami w Indesignie, czyli podstawowym programie do składu publikacji – również dlatego, że często do moich zadań należy też zaprojektowanie papierowej wersji książki, co robię najpierw. Zazwyczaj bazuję więc już na tym pliku – w związku z tym moja praca w przypadku wydania cyfrowego zaczyna się zazwyczaj od czyszczenia.

Dlaczego? Otóż w papierowych wersjach mamy sporo elementów, które w e-bookach są albo zbędne, albo wręcz niepożądane – przykładem są na przykład numery stron, pagina (mały tekst na górze lub dole strony przypominający, w jakim rozdziale jesteście), czy wszelakie lokalne, ręczne modyfikacje odległości między słowami czy dzielenia słów (dlaczego takie zmiany w ogóle w pliku mogą być? O tym pisałam tu: Co ci przeszkadza w czytaniu). Kolejny element do wyczyszczenia to wszelkie dodatkowe znaki, które w wersji papierowej nie robią krzywdy, a w cyfrowej mogą rozparcelować cały plik – na przykład każdy rodzaj przestrzeni przed znakiem łamania strony (chociażby spacja albo enter) na niektórych urządzeniach będzie to łamanie negował.

Detale mają DUŻĘ znaczenie!

Wszystkie jednostki określające odległości czy wielkość muszą być zamienione na wartości relatywne, dostosowujące się do urządzenia i rozmiaru ekranu. Obrazki muszą zostać zakotwiczone w tekście. Należy ustawić odpowiednią kolejność elementów. I tak dalej…

Kiedy już skończymy bawić się z legionem takich irytujących drobiazgów, z których każdy może powodować poważnie utrudniające czytanie błędy, nadchodzi czas na eksport pliku z Indesigna i zajrzenie „pod maskę”. Indesign w 9 przypadkach na 10 nie wyeksportuje pliku w idealnym stanie – a poprawianie w nim niektórych błędów jest na tyle czasochłonne, że dużo prościej jest dopisać parę linijek w kodzie.

A tak wygląda arkusz stylów.

Do pisania kodu używam darmowego programu o nazwie Sigil, który służy specjalnie do edycji e-booków, ale prawdę mówiąc można do tego wykorzystać nawet Windowsowy Notatnik. Standardowo poprawiam w nim zazwyczaj odległości, jednostki, dostosowuję wielkość obrazów, czasem dodaję elementy specifyczne dla danego typu pliku. Po zakończeniu tej części pracy przechodzę do kolejnego etapu, którym są testy – czyli wyeksportowanie pliku do formatów EPUB i MOBI, i przejście przez całego e-booka, strona po stronie, na dwóch urządzeniach: Ipadzie i Kindle. Zazwyczaj w trakcie tego pierwszego przeglądu znajduję jakieś błędy, albo chociażby elementy, z których wizualnie nie jestem zadowolona – wtedy wracam do ręcznej edycji, nanoszę poprawki, i powtarzam cały proces.

Myśleliście, że to już koniec? Niedoczekanie!

Ostatnim sprawdzianem, który musi zdać każdy e-book, jest test poprawności w ePub Check Validator – narzędziu, które regularnie wykorzystywane jest też przez większość platform sprzedających cyfrowe książki. Validator analizuje kod waszego pliku i sprawdza, czy jest on zgodny ze standardem – a jeśli nie, wyrzuca błędy wyglądające tak:

Zrzut ekranu z Validatora plików EPUB, pokazujący przykładowe błędy, jakie mogą wystąpić w e-booku.
Kto się podejmuje rozszyfrowania?

Jeśli jakieś się pojawią – do moich obowiązków należy rozszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi i wprowadzenie poprawek. Wierzcie mi – czasami zajmuje to naprawdę sporo czasu.

No dobrze – wszystkie lampki świecą się na zielono? Super! Zostaje w takim razie już faktycznie ostatni etap, czyli upewnienie się, czy wasz plik poza ogólnymi standardami spełnia standardy platformy, na której będzie sprzedawany. Niektóre z nich wymagają konkretnych, dodatkowych informacji w kodzie, albo konkretnego rodzaju zapisu – na szczęście niektóre raczą też projektantów o tym powiadomić.

Dwa słowa o dostępności

To już koniec przygody z tworzeniem e-booka, ale myślę, że warto wspomnieć tu o przynajmniej jeszcze jednej rzeczy – dostępności.

W odróżnieniu od drukowanych książek, z e-booków korzystać mogą też osoby niewidome, niedowidzące, czy posiadające inne utrudnienia. W związku z tym każdy plik powinno produkować się w sposób, który osobom takim umożliwi czytanie – często za pomocą specjalnie do tego przeznaczonych programów.

Co się z tym wiąże?

Często są to drobiazgi – na przykład zadbanie o to, żeby w pliku jasno określony był język książki, żeby oprogramowanie wspomagające czytelnika mogło bez problemu interpretować tekst. Dodanie tekstu alternatywnego lub transkrypcji do wszelakich elementów wizualnych czy dźwiękowych, zadbanie o łatwość poruszania się po dokumencie. Dodatkowo można zadbać o strukturę semantyczną kodu – czytniki dla osób niedowidzących nie zwracają na przykład uwagi na pogrubienia tekstu ustalone za pomocą stylów CSS, ale inaczej niż zwykłe zdanie przeczytają już słowo pogrubione znacznikiem w kodzie HTML.

O dostępności e-booków mówi się szerzej dopiero od kilku lat, ale wiedza ta jest stosunkowo łatwo dostępna – sporo stron i organizacji zajmujących się rozszerzaniem dostępu do kultury dla osób z niepełnosprawnościami za darmo udostępnia poradniki, z których skorzystać może każdy zainteresowany.

To tyle!

Mam nadzieję, że ten tekst nieco rozjaśnił wam spowity mrokiem temat powstawania cyfrowych książek. I choć bywa, że na tworzenie e-booków narzekam, to jest też i druga strona medalu – szukanie tej jednej kropki w kodzie, która nie pasuje do reszty, przypomina niekiedy zabawę w szukanie Wally’ego w tłumie na polskiej plaży, ale odnalezienie jej przynosi ogrom satysfakcji.

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Leave a Reply