46. Jak projektuje się okładki? O sekretach tworzenia książek

Okładka książki to rzecz, którą czytelnik widzi jako pierwszą – to ona wstępnie pomaga podjąć mu decyzję, czy po daną pozycję sięgnie, czy nie. Drugą linią frontu jest blurb, który odgrywa rolę jeszcze większą… ale którego zazwyczaj nie przeczytasz, jeśli nie zachęci cię jakiś wizualny impuls. Dobra okładka na pierwszy rzut oka sprawi, że rozpoznasz, do jakiego gatunku należy powieść, i skusi do podniesienia jej z księgarnianej półki. No dobrze – a jak się takie okładki projektuje?

Ten tekst będzie bazował głównie na moim osobistym doświadczeniu jako projektantki, więc nie będzie odnosił się do pracy na etacie w większym wydawnictwie czy korpo – pracuję zazwyczaj z autorami self-publishingowymi i małymi wydawnictwami jako niezależna podwykonawczyni. Zdarzały mi się jednak i większe współprace, jak na przykład ze szwedzką SAGĄ Egmont. Proces projektowy różni się w tych przypadkach dość mocno, dlatego poniżej – trochę o obu sytuacjach.

Proces projektowania, czyli jak to się kończy i jak się zaczyna

Jeżeli jesteście autorami_kami wydającymi książkę własnym sumptem, to zgłaszacie się do mnie albo samodzielnie – bo wpadło wam w oko moje portfolio, albo ktoś mnie polecił – albo otrzymujecie ode mnie ofertę w odpowiedzi o ogłoszenie w serwisie freelancerskim. Przez kilka lat pracowałam – i nadal czasem pracuję – przez portale dla freelancerów typu Upwork czy nieistniejący już Elance. Na tego typu stronach to zleceniodawca „wywiesza” ogłoszenie o zapotrzebowaniu na usługę, po czym wybiera odpowiednią osobę spośród nadesłanych zgłoszeń. Krok drugi to dogadanie warunków, terminów, podpisanie umowy, wpłata zaliczki.

A potem przychodzi On – Brief.

„Brief” to w wielkim skrótcie dokument opisujący wszystkie szczegóły projektu – od tekstu, który ma się pojawić na okładce, po opis fabuły książki, ewentualne pomysły/sugestie autora na to, co okładka ma przedstawiać, wizualne inspiracje. Niekiedy autorzy przychodzą z takim dokumentem już przygotowanym, ale zdarza się to rzadko – często pracuję z osobami, które wydają swoją pierwszą książkę, przez co nie są jeszcze zaznajomione z przebiegiem całego procesu wydawniczego. W takim wypadku moją rolą jest przeprowadzenie z autorem szczegółowego wywiadu, a potem też doradzenie jakie opcje będą najkorzystniejsze i dla niego/niej, i dla jego/jej książki.

Zdjęcie kartki papieru z kolorowymi post-itami - kreatywnego briefa. Obok kartki stoik pusty kubek po kawie i kilka kolorowych pisaków.

W wypadku współpracy z wydawnictwem ta część zazwyczaj odpada – jako projektantka dostawałam gotowy plik ze wszystkimi specyfikacjami, choć jego zawartość bywała różna. W przypadku współpracy z wydawnictwem Dziwny Pomysł na przykład, dla którego projektuję Tęczową Serię (jak na razie wyszły dwa pierwsze tomy – „Bliżej już się nie da” Moniki Steinholm i „Po lecie wszystko będzie inaczej” Siri Kolu), przy projektowaniu wyglądu serii otrzymałam brief z danymi i opisem książki, wskazówkami i wizualnymi inspiracjami, ale jednocześnie pozostawiono mi spore pole do zaprzęgnięcia do pracy własnej kreatywności. Z kolei w trakcie współpracy z SAGĄ Egmont, która jest firmą dużą i międzynarodową, briefy zawierały dużo szczegółowych informacji odnośnie samej powieści, natomiast końcowy rezultat musiał zgadzać się z linią estetyczną wydawnictwa – w takim trybie pracy nie ma miejsca na inwencję ze strony grafika czy proponowanie alternatywnych rozwiązań.

Przejdźmy do sedna, czyli do początku

No dobrze – mamy już brief, znamy parametry. Co dalej?

Otóż są dwa miejsca, w które zazwyczaj udaję się na tym etapie – Amazon i Pinterest.

Dobra okładka powieści powinna wpisywać się w stylistykę gatunku – sięganie po ryzykowne i nietypowe wizualne chwyty może okazać się nietrafione, szczególnie, jeśli projektujemy powieść autora stawiającego dopiero pierwsze kroki na pisarskiej ścieżce. To samo tyczy się książek typowo rozrywkowych, czyli większości tzw. „literatury gatunkowej” czy ogólnej literatury pięknej – czytelnik powinien na pierwszy rzut oka być w stanie rozpoznać, z jakim typem lektury ma do czynienia. Na bardziej wymagające i kreatywne rozwiązania możemy się pokusić głównie wtedy, kiedy projektujemy książkę kogoś bardzo znanego (czy to obecnego autora bestsellerów, czy należącą do „klasyki”). Jeszcze inną możliwością jest trafienie na odważne wydawnictwo, które decyduje się na wykreowanie charakterystycznego stylu na przykład dla nowej serii wydawniczej. Kolejną – wiedza o tym, że książkę wesprze prężna machina marketingowa, która pomoże się jej przebić.

Zrzut ekranu tablicy na Pintereście. Przypięte są różne okładki książek.
Jedna z moich tablic z inspiracjami na Pintereście – ogólna, gdzie zapisuję wszystkie świetne okładki, które przypadkiem wpadną mi w oko przy przeglądaniu sieci.

Przeglądanie miejsc typu Amazon, listy bestsellerów w księgarniach, czy tablice na Pintereście pomaga zorientować się, co w chwili obecnej jest najświeższe w świadomości czytelników. Pomaga też stworzyć moodboard – tablicę inspiracji wizualnych, które ułatwiają późniejsze projektowanie. Na takim moodboardzie może znaleźć się wszystko: od innych okładek w stylistyce podobnej do tej, do jakiej dążymy, grafiki nawiązujące do fabuły, oddające klimat opowieści, zdjęcia osób o wyglądzie zbliżonym do bohaterów. Najprawdopodobniej żadnej z tych inspiracji nie wykorzystamy bezpośrednio – istnieje coś takiego jak prawa autorskie. Będą natomiast służyć jako wytyczne odnośnie tego, w jakich ramach estetycznych chcemy się poruszać.

Nadszedł w końcu moment, kiedy do ręki bierze się już nie myszkę, a kartkę i ołówek – właściwe projektowanie zaczyna się w moim przypadku najczęściej od ogólnikowych szkiców. Pokrywam wtedy papier serią niewielkich prostokątów, które wypełniam pomysłami – zaznaczam ogólny układ graficzny elementów, możliwe rozmieszczenie tekstu, elementów dekoracyjnych. Takich szkiców powstaje zazwyczaj kilkanaście, czasem nawet kilkadziesiąt – wybieram z nich najlepsze, na podstawie których tworzę potem wersję cyfrową.

Zdjęcie dwóch stron szkicownika. Na stronie w pełni widocznej znajduje się osiem wstępnych szkiców okładki. Na stronie widocznej częściowo znajdują się szkice przedstawiające młodą kobietę w różnych pozach.
Przykładowe szkice projektowe – tu akurat do okładki monografii mojej pracy magisterskiej. 🙂

Autorzy dostają zazwyczaj ode mnie trzy-cztery wstępne cyfrowe kompozycje, które następnie przechodzą przez kilka rund poprawek (choć zdarzyło się parę razy, że już któraś z tych pierwszych wersji wywołała okrzyk „EUREKA!”). W trakcie każdego cyklu pokazuję zazwyczaj klientowi kolejnych kilka możliwości na podstawie otrzymanych komentarzy – do każdej okładki powstaje więc często nawet kilkanaście alternatywnych odsłon.

Warto wspomnieć, że tak jak w self-publishingu główną osobą decyzyjną jest zazwyczaj autor, tak przy współpracy z wydawnictwem o ostatecznym wyglądzie okładki może decydować już cały zespół. Paradoksalnie – zarówno autor, jak i grafik mogą być akurat osobami o najmniejszym wpływie na stylistykę książki.

Pełen proces projektowania trwa w moim przypadku od dwóch tygodni do półtora miesiąca – zależnie od ilości wersji i poprawek. Etap ostatni to przygotowanie plików do druku i współpraca z drukarnią – lub, w przypadku książek zza oceanu, pomoc przy wgraniu plików na portal self-publishingowy (taki jak np. Kindle Direct Publishing Amazona, BookBaby czy Lulu).

Projektowanie: pytania i odpowiedzi

Czy autor musi mieć jakiś pomysł na to, co chciałby na swojej okładce zobaczyć? 

Nie. Są naturalnie i tacy, którzy zgłaszając się do projektanta_ki mają bardzo konkretną wizję – niekiedy jest to prosty szkic, niekiedy określony motyw, innym razem prośba o zilustrowanie jakiejś sceny z książki. Zdarza się też jednak, i to wcale nierzadko, że twórca nie ma pomysłu żadnego i zdaje się całkowicie na grafika. Wydaje wam się, że ta ostatnia opcja jest nieco kłopotliwa? W moim przypadku – wręcz przeciwnie. Jeśli uda mi się wyciągnąć z autora wystarczającą liczbę szczegółów odnośnie fabuły, gatunku i klimatu opowieści, jestem w stanie stworzyć kilka propozycji okładki na tej właśnie podstawie. Brak konkretnej wizji klienta daje projektantowi sporo swobody – mogę zaproponować wtedy rozwiązania nieco inne, bardziej urozmaicone, odnoszące się do różnych estetyk.

Czy projektant czyta książkę przed rozpoczęciem pracy? 

Niestety na co dzień nie ma raczej na to czasu, a na dodatek wiąże się to z dodatkowym kosztem dla autora – czytam szybko, ale na przebrnięcie przez średnich rozmiarów powieść i tak potrzebuję kilku godzin (a w tym wypadku są to dodatkowe godziny pracy). Na dodatek nie każdą książkę, którą projektuję, miałabym ochotę tak dogłębnie poznawać – nie muszę być w końcu fanką kryminałów, żeby tworzyć do nich wpadające w oko okładki. Zdarzało mi się też pracować nad poradnikami, wspomnieniami czy innymi pozycjami, których przeczytanie w całości byłoby pewnie średnio fascynującą przygodą. Zdecydowanie lepszym pomysłem jest przeczytanie jednego czy dwóch rozdziałów czy konkretnej sceny, która według autora_ki najlepiej oddaje klimat danego tekstu – ale i to nie jest zawsze możliwe.

Z drugiej strony możliwość przeczytania całej książki pozwala na dużo lepsze zrozumienie opowieści, a przez to i wplecenie w warstwę wizualną dodatkowych smaczków czy symboliki, której znaczenie czytelnik odgaduje dopiero po przeczytaniu całości. Z racji, że pracuję raczej w self-publishingu, szansę na zastosowanie takiego podejścia miałam zaledwie kilkukrotnie – powiedziałabym, że jest to raczej domeną albo bardzo dużych wydawnictw publikujących bardzo znanych autorów, albo niewielkich oficyn wydających ambitną beletrystykę.

Czy projektant i ilustrator to ta sama osoba?

Możliwe, ale niekoniecznie.

Moja praca zakłada wypełnienie obu tych ról, przez co zazwyczaj moim zadaniem jest stworzenie oprawy książki od zera i oddanie jej klientowi w postaci pliku gotowego już do druku. Oznacza to, że najpierw pracuję nad częścią czysto graficzną, do której dobieram dodatkowe elementy – odpowiednią typografię i, ewentualnie, drugoplanowe części dekoracyjne.

Okładka norweskiej książki dla młodzieży „Tindefolket” – projektowałam tu wygląd i układ tekstu, ilustracja została namalowana przez inną ilustratorkę.

Wcale nierzadko jednak ilustrację zleca się osobno, a projekt i przygotowanie do druku – osobno. Taki podział będzie nieco częściej praktykowany w wydawnictwach niż w self-publishingu, ale i w tej drugiej kategorii jest powszechnym zjawiskiem – szczególnie, jeśli chodzi o książki dla dzieci, młodzieżówki, czy po prostu fantastykę. To w tych gatunkach najczęściej korzysta się z obrazów malowanych albo tradycyjnie, albo cyfrowo – a, paradoksalnie, ilustrator wcale nie musi znać się na typografii, i vice versa. Dość często zdarza się wręcz, że rysownik próbujący dodać tekst do swojego dzieła robi to katastrofalnie i zupełnie bez wyczucia. Dobranie odpowiedniego stylu i rozmieszczenia tekstu to zdecydowanie osobna umiejętność, wymagająca poza intuicją sporej ilości wiedzy i opanowania niekiedy zupełnie innych narzędzi.

Jakich programów używa się do projektowania?

Jeśli myślicie, że podstawowym narzędziem grafika jest Photoshop, to… nie jesteście całkiem w błędzie. Photoshop faktycznie jest programem nieodzownym, szczególnie w kreacji ilustracji składających się z wielu zdjęć czy wymagających ręcznego rysowania. Jeśli jednak tworzycie okładkę składającą się z grafik  wektorowych (czyli takich jak te poniżej), bazujecie na gotowej już ilustracji czy zdjęciu, to Photoshop może wcale nie być najlepszym narzędziem do pracy. Jeśli projektujecie tekst i przygotowujecie plik do druku, dużo lepiej i efektywniej sprawować będą się inne programy spod parasola Adobe – Illustrator (służący głównie do pracy z wektorami) czy Indesign (służący do składania tekstu).

Na rynku pojawia się też coraz więcej tańszych alternatyw dla powyższej świętej trójcy, za przywilej korzystania z której trzeba płacić niemały miesięczny haracz. Spory rozgłos zyskuje od jakiegoś czasu firma Affinity, a ilustratorzy używają też programów takich jak Clip Studio Paint czy Krita. W małych, polskich drukarniach z kolei częstą praktyką jest używanie pakietu firmy Corel (najprawdopodobniej głównie dlatego, że w zamierzchłych czasach programy te były dużo tańsze niż te od Adobe).

Koniec!

Mam nadzieję, że ten tekst przybliżył wam nieco proces projektowania okładek…

…a może sprawił, że przyszły wam na myśl jeszcze inne pytania i wątpliwości?

Jeśli tak – jakie? 😉

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Leave a Reply