52. Pandemia a literatura, czyli dlaczego mam dosyć czytania o wirusach

Jakiś czas temu magazyn „Pismo” opublikował długi, przejmujący artykuł podsumowujący nasze dotychczasowe doświadczenia z pandemią. Tekst był solidnie napisany, ciekawy i szczegółowy – teoretycznie spełniał wszystkie kryteria do poświęcenia mu kilku poranków. Przeczytałam jedną trzecią i dałam sobie spokój – powoli odkrywam, że gdy tylko widzę na papierze „pandemia”, przewracam stronę.

Nie wiem czy pamiętacie, ale kilka miesięcy po rozpoczęciu pandemii – po zamknięciu wszystkiego łącznie z lasami, dezynfekowaniu rąk trzy razy na minutę i pierwszych doświadczeniach z maseczkami – do głosu zaczęło dochodzić sporo książek „pandemicznych”. Pojawił się The End of October Lawrence’a Wrighta. Sprzedaż Dżumy Camusa biła rekordy na całym świecie, przypomniano sobie o Severance Linga Ma czy World War Z. Sama czytałam wtedy Co nas (nie) zabije Jennifer Wright i gorzko krzywiłam się w momentach, w których autorka stwierdzała, że świat nie widział naprawdę dużej epidemii od dziesiątków lat.

Kiedyś całkiem lubiłam też powieści post-apo, w których świat zmagał się z konsekwencjami tej czy innej zarazy. Wątki tego typu w filmach czy książkach uważałam za całkiem ciekawy motyw, a kiedy w 2019 głośno było właśnie o Severance, w której świat zmaga się z wirusem Shen, kupiłam e-booka krótko po premierze i przeczytałam z uwagą. Epidemię z Dustinem Hoffmanem i Rene Russo widziałam dobre pięć razy. No i wciąż nieustannie pochłaniam wszystko, co ma związek z zombie (…nie przepraszam, to jest silniejsze ode mnie).

Wraz z rozwojem sytuacji książki grające na pandemicznych motywach, czy próbujące ująć nową rzeczywistość w jakiekolwiek zrozumiałe ramy wyrastały jak grzyby na deszczu – ale im dalej w las, tym mniejszą chęć miałam do sięgnięcia po którąkolwiek z nich. Wykorzystanie pandemii jako wątku literackiego przestało być dla mnie neutralne – męczyłam się z tym dziwnym i nieprzyjemnym światem wystarczająco, by nie chcieć już o nim czytać. Tak samo nie obejrzałam żadnego pandemicznego filmu czy serialu, których również zaczęło przybywać w zastraszającym tempie. Nie skusiły mnie nazwiska znanych aktorów czy reżyserów, nie skusiło dzieło lubianego autora – okazało się, że zupełnie odrzuca mnie czytanie i oglądanie o tym, co dotyka mnie na co dzień.

Czuję się przesycona pandemią – widzę jej skutki i oznaki każdego dnia, a mój poziom niepokoju wznosi się i opada wraz z kolejnymi falami zakażeń. Dwa lata nie byłam w kinie. Przez ponad rok od marca 2020 nie wsiadłam do żadnego pociągu. Kiedy wiosną tego roku otworzono po kilku miesiącach ścisłego lockdownu kawiarnie, poszłam na kawę gdy tylko było to możliwe i wzięłam pierwszy łyk z ekstatyczną wręcz radością. Tak samo jak dla wszystkich pandemia stała się dla mnie codziennością, i zupełnie nie kojarzy mi się ona z rozrywką – to, że z rezygnacją przywykliśmy już do jej towarzystwa nie sprawia, że mam ochotę zmagać się z nią jeszcze w czasie wolnym.

Tymczasem na wątki pandemiczne wpadam często, nawet aktywnie ich unikając – i za każdym razem kiedy pojawia się kolejna nazwa kolejnego wyimaginowanego wirusa pochodzącego z Chin czuję gorzki posmak na języku. Nawet sięgając po powieści teoretycznie nie bazujące na pandemii jako osi fabularnej można natknąć się na nią gdzieś w tle – na przykład w serii  Europa jesienią Davida Hutchisona Unia Europejska rozpada się po tym, jak kontynent kolonizuje grypa Xian…

W literaturze szukam przede wszystkim rozrywki i możliwości oderwania się od rzeczywistości – może i w tym, poza zwykłym przesytem, można szukać genezy mojej niechęci do powieściowych wirusów. Łapię się na tym, że wcale nie miałabym nic przeciwko, gdyby świat sztuki nad pandemią „przeskoczył” – żeby nie pojawiała się ona w serialach czy beletrystyce, żeby gdzieś tam trwała jakaś alternatywna rzeczywistość, w której nikt nigdy nie wypowiedział słowa „Covid”.

Możliwe, że nieczytanie pandemicznych tekstów to trochę chowanie głowy w piasek – czas w końcu mija, wirus ma się całkiem nieźle, a my przyzwyczailiśmy się już trochę do dodatkowych paru kilo codziennego niepokoju na barkach. Myślę jednak, że zanim sięgnę kiedyś po jakąkolwiek powieść z Covidem w tle, będzie musiało minąć dobrych parę lat – od końca, którego jak na razie nie widać.

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Leave a Reply