57. Najgorsze książki 2021, czyli lista rozczarowań i zażaleń

Po najlepszych książkach 2021 przyszła pora na najgorsze – te, które rozczarowały, rozżaliły, lub przyprawiły o ból głowy od nadmiernego wywracania oczami.

W zeszłym roku wszystkie pozycje, które wrzuciłabym do tej kategorii, czytałam po angielsku. Większość z nich wpada w szufladkę urban fantasy – ale to raczej z tego prostego powodu, że jest to gatunek, którego czytam dużo. Dwie to powieści fantasy – w tym jedna YA.

Toporność i brak i konsekwencji, czyli „Moon Dance” J. R. Rain i „The Slaughtered Lamb Bookstore and Bar” – Seana Kelly

„Moon Dance” i „The Slaughtered Lamb” nie skończyłam. Walczyłam dzielnie i obie przeczytałam więcej niż w połowie, ale niestety – żadna nie spełniła pokładanych w nich nadziei na lekką, przyjemną i odmóżdżającą rozrywkę. Boleśnie niezręczny język i rażące błędy logiczne sprawiały, że od samego początku wzdychałam ciężko i głośno. Miejąc jednak na uwadze fakt, że niektóre książki rozkręcają się wolno, brnęłam dalej, ale… bezowocnie.

Urban fantasy to gatunek często czysto rozrywkowy, ale jestem zdania, że nawet od  niby nieskomplikowanej rozrywki należy wymagać jakichś standardów. Styl autora_ki nie musi być misterny i budzący zachwyt – wystarczy żeby był przezroczysty. Nie może natomiast wytrącać czytelnika ze skupienia wyraźnie niezdarnym doborem słów czy kulawą konstrukcją zdania.

Świat z kolei musi trzymać się własnej, wewnętrznej logiki. I tak, wiem – fantastyka – wszystkie jej podgatunki – ma to do siebie, że nie współgra sensownie z rzeczywistością, i nie chodzi tu tylko o to, że istnienie smoków łamie prawa fizyki. Tworząc nowe rasy i kultury tworzymy też ludzi, którzy będą reagować i zachowywać się inaczej niż my – ale ta odmienność nie może być całkowicie chaotyczna czy wykorzystywana tylko w momentach, w którym jest to wygodne dla popchnięcia dalej fabuły.

Okładka książki "The Frozen Crown". Post: Najgorsze książki 2021.

Kiedy świat nie klei się z fabułą, czyli „The Frozen Crown: A Novel” – Greta Kelly

„The Frozen Crown” z kolei to już klasyczne, quasi-średniowieczne fantasy – ale cierpi z powodu dokładnie tych samych powodów, co powyższe pozycje. Jego największym grzechem jest jednak nie tyle język, co niestabilna konstrukcja świata i bardzo wybiórcze korzystanie przez autorkę z wymyślonych przez siebie zasad. Bohaterka – próbująca zdobyć polityczne wsparcie prawowita władczyni podbitego kraju – trafia na imperialny dwór, który słynie z konserwatywnych norm regulujących kontakty międzyludzkie. Reguły te są jednak faktycznie surowe jedynie w niektórych scenach – kiedy fabuła wymaga bardziej liberalnego podejścia, żadne z bohaterów nie ma najmniejszego problemu z podejmowaniem decyzji i działań, które rozdział wcześniej uznane byłyby za mocno kontrowersyjne.

Przez to też podejście bohaterka jawi się jako niemądra, niekonsekwentna i kierująca się autorce tylko znanymi motywami. Wybiórcze stosowanie zasad sprawia, że sypie się wszystko – od sensu fabuły po konstrukcje postaci.

Okładka książki "Serpent&Dove". Post: Najgorsze książki 2021.

Hit hitowi nierówny, czyli „Serpent & Dove” – Shelby Mahurin

„Wąż i gołąb” to powieść, która zdobyła sporą popularność i wielu fanów – ale ja do nich nie należę. Sięgając po nią, oczekiwałam raczej płytkiej, ale jednak przyjemnej rozrywki – do głosu znów doszła jednak moja niechęć do YA i brak cierpliwości do jego tropów.

Nie uważam, że książka musi być oryginalna, żeby być dobra – wręcz główną zaletą niektórych gatunków jest to, że podążają za określonymi schematami, przez co czytelnik doskonale wie, czego oczekiwać. Tutaj jednak autorka wzięła wszystkie popularne motywy z książek young adult i zmieszała je ze sobą nieco na chybił trafił, dodając do tego podobnie sklejonych z klisz, niczym nie wyróżniających się bohaterów. To pomieszanie z poplątaniem sprawiło, że sporo scen zupełnie się nie klei i dotkliwie cierpi na brak sensu.

Czy „Wąż i gołąb” jest wybitnie zły jak na powieść YA? Szczerze mówiąc, nie sądzę – do mojego negatywnego wrażenia na pewno przyczynił się fakt, że książek YA w swoim czasie czytałam wcale niemetaforyczne tony. Bardzo trudno jest mnie przez to często zaskoczyć, a sam gatunek najczęściej mnie już zwyczajnie męczy. Nadal uważam, że w jego ramach można niekiedy znaleźć naprawdę błyskotliwe pomysły i świetnie piszących autorów i autorki – dlatego zdarza mi się dawać mu szansę… choć niestety przynosi mi to dużo więcej rozczarowań niż zachwytów.

The Witch King (The Witch King, #1) by H.E. Edgmon

Jak nie pisać książki o mniejszościach, czyli „The Witch King” – H. E. Edgmon

Po „The Witch King” sięgnęłam ze sporymi oczekiwaniami – wedle blurba książka miała korzystać ze wszystkich motywów, które mnie przyciągają. Na dodatek główny bohater powieści jest transmężczyzną, a nie czytałam jeszcze w gatunku fantasy żadnej pozycji z podobną postacią w centrum opowieści.

Niestety zawiodłam się na całej linii – „The Witch King” okazało się koszmarnym zbiorem stereotypów, na dodatek wplątanych w zupełnie miałką, poszatkowaną i wyzutą z sensu fabułę. W niczym nie pomógł też szkolny wręcz język autora, który w niektórych akapitach miał problemy z poprawnym skleceniem zdania. Główny bohater okazał się na dodatek wyjątkowo antypatyczną, egoistyczną i pozbawioną jakiegokolwiek rehabilitującego elementu postacią, której losów zwyczajnie nie miało się ochoty śledzić.

Postać należąca do mniejszości nie musi być, naturalnie, pozytywna tylko z tego powodu – ale niech będzie interesująca. Podkreślanie tożsamości bohatera było też głównym marketingowym chwytem stosowanym przez wydawnictwo, które – najwyraźniej podobnie jak autor – uznało, że transpłciowość Wyatta wystarczy, żeby przykryć literackie mankamenty. Mocno to przykre, bo taki zabieg wydaje się według mnie bardziej szkodzić, niż pomagać – książki z bohaterami mniejszościowymi powinny być wydawane dlatego, że są dobrymi książkami, a nie jedynie dla szansy zrobienia interesu na, w tym wypadku, wątpliwej jakości „wspieraniu” osób LGBTQ+.

To tyle!

W 2022 nadal będę czytać pewnie sporo urban fantasy i dawać niekiedy szansę YA – niewykluczone więc, że przyszłoroczna lista gatunkowo wcale nie będzie się różnić.

Najlepsze książki 2021 z kolei opisywałam tu.

Styczeń zaczęłam z kolei już jednym niewypałem i jedną książką, która mocno zmusiła do pracy moje szare komórki.

A wy?

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. takitam.pl

    W styczniu kończę porzucone książki 😉

    1. Marta

      O, dobra metoda na zmniejszenie stosiku wstydu. 😉

Leave a Reply