8. O nawykach końcowych

Ludzie dzielą się na dwa typy: na tych, którzy kończą wszystkie czytane przez siebie książki i na tych, którzy porzucają lekturę w połowie, stwierdzając, że jeżu iglasty, jakie to nudne.

Do pewnego czasu zaliczałam się zdecydowanie do typu pierwszego – męczyłam do końca każdą książkę, niezależnie od tego, jak nudna, źle napisana, albo zwyczajnie nieodpowiadająca mojemu gustowi by nie była. Czułam się winna, że chcę ją porzucić; podniesienie jej po raz kolejny wymagało sporego samozaparcia, ale mimo to siadałam nad tym nieszczęściem wydrukowanym w formacie A5 i cierpiętniczo przewracałam kolejne strony. Jednocześnie zazwyczaj zaczynałam kolejną książkę na boku, bo czytać kocham, i bardzo chciałam czytać coś ciekawego. Mimo to – książce pierwszej nie odpuszczałam do samego końca.

Trwało to do pewnego momentu, kiedy w końcu dojrzałam do stwierdzenia, że, na litość, nie mam na to czasu. Życie jest za krótkie na czytanie złych książek – moja lista “do przeczytania” na Goodreads ma w tej chwili już grubo ponad tysiąc pozycji i dawno porzuciłam już nadzieję, że kiedykolwiek się zmniejszy. Wręcz przeciwnie – każdy miesiąc przynosi nowe propozycje wydawnicze, nowe ciekawe tytuły, nowe okładki kuszące z księgarnianych półek, a powiedzmy sobie szczerze – jeśli chodzi o książki, to nigdy nie przejawiałam szczególnej siły woli. Od kiedy przerzuciłam się głównie na e-booki, to przynajmniej stopień uginania się półek w moim mieszkaniu nie zwiększa się aż tak bardzo (niemniej, bądźmy poważnie – niektóre i tak muszę mieć w papierze). Rozpychać się zaczął z kolei niewinnie wyglądający folder na pulpicie, do którego co rusz trafiają kolejne pliki.

Dlaczego nie zawsze kończę? Bo bywają książki, które są po prostu tak głupie, że nie jestem w stanie ich zdzierżyć. Zdarzało mi się próbować czytać rzeczy, które już w pierwszym rozdziale prezentowały zatrważającą liczbę błędów logicznych, a w czaszkach bohaterów wydawało odbijać się szeroko echo. Są książki, które zwyczajnie mnie nudzą – czasami są to pozycje zwyczajnie źle napisane, ale czasami po prostu z niewyjaśnionego bliżej powodu nie wpadające w mój gust. Są książki, w których odrzuca mnie styl – nie lubię, na przykład, nieokiełznanego strumienia świadomości, braku podziału na akapity, przesycenia wulgaryzmami, fiksacji na punkcie fizyczności.

Od jakiegoś czasu jednak odkrywam nową kategorię książek: istnieją lektury, na które zwyczajnie jestem zbyt wrażliwa. Mniej więcej rok-dwa lata temu zaczęłam czytać coraz więcej reportaży i książek popularnonaukowych i podczas, gdy zupełnie zazwyczaj nie razi mnie przemoc w beletrystyce, to realność sytuacji opisywanych w non-fiction niekiedy mnie pokonuje.

Tak było na przykład z “27 śmierciami Toby’ego Obeda” Joanny Gierak-Onoszko, czyli chyba najgłośniejszego reportażu zeszłego roku. Przeczytałam go trzydzieści procent – i stwierdziłam, że dla własnych spokojnych nocy nie będę czytać dalej. Od dłuższego czasu brnę też przez “Polskiego hydraulika” Macieja Zaremby-Bielawskiego, i chyba dotarłam w końcu do momentu, w którym jestem gotowa przyznać przed samą sobą, że nie mam ochoty kontynuować. Nie chodzi o to, że reportaże te czyta się źle, albo to, że nudzą – wręcz przeciwnie. Zarówno “27 śmierci”, jak i teksty zebrane w “Hydrauliku”, są bardzo dobrze napisane i traktują o rzeczach ważnych. Zawarte w nich jednak opisy ludzkiego cierpienia są szczegółowe, niezwykle obrazowe, a przede wszystkim prawdziwe, i zostają z nami na długo po tym, jak odłożymy książkę na półkę i zajmiemy się innymi sprawami. Reportaże mają to do siebie, że – jak pisze zresztą Zaremba we wstępie do mojego wydania “Hydraulika” – skupiają się często na ciemnych strony rzeczywistości i ludzkich zachowań. A czasami chciałoby się jednak zachować choćby i mizerne resztki wiary w ludzkość.

Co ciekawe, będąc młodszą, miałam okres, w którym sięgałam po sporo książek wojennych – tak, też tych opisujących horrory obozów (…może dlatego dzisiaj nie znoszę tej tematyki). Czytałam sporo o średniowieczu, w tym np. Inkwizycji i jej metodach przesłuchań. Pochłaniałam tonami wręcz lektury, do których dzisiaj z racji poruszanych w nich kwestii podchodziłabym dużo, dużo ostrożniej. Może to kwestia świadomości? Może robimy się trochę wrażliwsi wraz z wiekiem?


Trochę lżejsze posty, takie jak ten, będą pojawiać się od czasu do czasu – pewnie w nieregularnych odstępach. Nie będzie do nich raczej przypisów, i może kiedyś wymyślę im jakąś fajną nazwę.

Pewnego dnia.

Może.

A jeśli będziecie się mieli ochotę podzielić swoimi przemyśleniami na temat kończenia (lub nie), to będzie fajnie.

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Ten post ma 10 komentarzy

  1. Cóż, z racji prowadzonej działalności blogowej, że tak to szumnie nazwę, czytam wszystkie książki do końca. Głupio by mi było, szczerze mówiąc, wystawić ocenę książce, której nie przeczytałam w całości i będę twierdziła, że jest do bani… Może to trochę marnowanie czasu, ale z drugiej strony, złe książki też w jakiś sposób kształtują nasz gust, więc chyba jednak aż tak nie do końca tracę czas. 😉

    1. Marta

      Działalność blogowa zobowiązuje, szczególnie, że ty piszesz jednak pełne recenzje. 😀 Ja jeśli nie przeczytałam przynajmniej połowy to też nie oceniam, uznaję, że do oceny jednak mają prawo ludzie, którzy się przemęczyli do końca. 😉

  2. Marcin

    Ja mam trochę podobnie jak w opisanym przez Ciebie type nr 1 – męczę książkę do końca, choćby była nie wiadomo jak nudna. Pamiętam tylko jedną pozycję, której nie skończyłem – to tolkienowska “The Book of Lost Tales” – ale to głównie z powodu takiego, iż czytałem po angielsku, a angielski w tej książce jest dość archaiczny. W porównaniu z ówczesną moją znajomością tego języka, czytanie nie było przyjemnością, więc porzuciłem po ok. 100 stronach i do dzisiaj czeka na wznowienie 😉
    Ogólnie jednak mam wyrzuty sumienia i jakoś źle mi się robi, jak nie skończę książki. Skoro zacząłem, to wypadałoby dotrwać do końca i zazwyczaj tak czynię. Najwyżej później uciekam od danego autora lub wystawiam niską ocenę na Goodreads. I wiem, że to trochę marnowanie czasu, bo można by czytać coś dużo lepszego, ale jednak jakiś szacunek do podjętej lektury mnie zobowiązuje 😉

    1. Marta

      W pełni rozumiem, bo też takie odczucia miewałam. 😀 Tolkien jest nawet w polszczyźnie dosyć archaiczny, więc podziwiam za próbę czytania w oryginale!

      1. Paweł

        A które tłumaczenie czytałaś?

        1. Marta

          Kilka – mam na półkach i Łozińskiego i Skibniewską. 😉

          1. Paweł

            Ja tylko Skibniewską, o Łozińskim słyszałem na studiach, ale od razu o nim pomyślałem. Tam jest nadmierna stylizacja. 🙂

  3. Panna Kajka

    Staram się zawsze kończyć przeczytaną książkę i pamiętam, że jest jedna, którą chciałam przez okno wyrzucić, ale zabij mnie, nie pamiętam jak się nazywała. I chyba tej jednej nie skończyłam – musiała na mnie zrobić “piorunujące” wrażenie, skoro nawet nie pamiętam tytułu 😉

    1. Marta

      Kurczę, chyba tylko ja jestem taka niekończąca! A tę jedyną chyba musiałaś wyprzeć, taka to była trauma! 😀

Leave a Reply