17. #dyskusyjnie: O długich książkach jako narzędziu samoobrony

Odstraszają mnie bardzo długie książki.

Uff. W końcu to napisałam.

Miałam ostatnio okazję zmierzyć się z lekturami, które długością zdecydowanie przekraczały średnią. Były to knigi potężne i ciężkie, z gatunku takich, które można by z powodzeniem używać do celów bojowych albo jako narzędzia do samoobrony. Na szczęście, czytałam je na czytniku – ich waga ciążyła mi więc tym razem jedynie w wyobraźni.

Kiedy parę lat temu wychodził “Taniec ze smokami” Martina (…parę. PRAWIE 10!!!), byłam niecierpliwa – nie mogłam doczekać się polskiego wydania, w związku z czym zamówiłam sobie wersję angielską. Kiedy odebrałam przesyłkę, prawie ugięłam się pod jej ciężarem – powieść, w twardej, czarnej oprawie, liczyła sobie grubo ponad 1000 stron i z daleka przypominała Biblię. Tamtego lata nosiłam ją ze sobą dość często, uważam więc, że cały ten okres spokojnie można zaliczyć do kategorii wytężonych ćwiczeń siłowych.

Dzisiaj, będąc już dużo bardziej leniwą, czytam dużo więcej na czytniku, niż w papierze, a na konieczność tachania ze sobą kilku kilogramów literatury patrzę raczej niechętnie. Nie jestem w stanie pojechać gdzieś bez książki, więc jeśli ta posiada objętość metra sześciennego, znacząco zmniejsza to moje możliwości bagażowe. Poza tym, dochodzi też dyskomfort przy samym czytaniu – nie wiem jak wam, ale moje ręce dość szybko zaczynają protestować, jeśli przychodzi im trzymać tysiąc stron w grubej oprawie przez dłużej niż pół godziny.

I jasne – istnieją sposoby, żeby wagę takiej książki zmniejszyć. Można użyć cieńszego papieru. Można zdecydować się na oprawę zintegrowaną, nie twardą. Można zrobić jeszcze masę innych rzeczy, ale jeśli czytana przez was książka należy do literatury “z wyższej półki”, to założę się o pierworodnego kota, że nikt takich kroków nie podejmie – jakość wydania książki też jest wyznacznikiem statusu.

A tak poza tym? Wyznam szczerze, że według mnie autorzy porywający się na te tysiąc stron i więcej, na połowę tej zawartości bardzo często zwyczajnie nie mają pomysłu. Przy powieściach tak długich co rusz łapię się na tym, że przewracam oczami przy kolejnym identycznym opisie czy scenach nie wnoszących nic do fabuły. Czytałam sporo książek, które mimo, iż udane, były zdecydowanie za długie – połowę tekstu można by z nich brutalnie wyrzucić, a opowieść prawdopodobnie nabrałaby dynamiki i sensu. I jasne – zdarza się i tak, że na stron tysiącu każda literka drży od napięcia. Niemniej, tak na serio – ile takich książek udało się wam w życiu przeczytać?

I choć zdaję sobie sprawę, że moja niechęć do męczenia rąk i czytania długich opisów przyrody sprawia prawdopodobnie, że może mnie ominąć parę literackich perełek, pozostanę chyba jeszcze długo zwolenniczką spójności i historii, i tekstu. I dzielenia zbyt długich książek na tomy (ale tych, które faktycznie tego potrzebują, nie tych, które mają w oryginale stron 400, ale wydawca stwierdził, że chce na tłumaczeniu więcej zarobić). Tomy to dobry wynalazek.

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Ten post ma 3 komentarzy

  1. Panna Kajka

    Przez całe życie wyznawałam zasadę, że książka zaczyna się od 500 stron w górę, ale chyba się starzeję – i nawet wielotomowe przygody mnie odstraszają. Chociaż, może to ma związek z moją trudnością w czytaniu ostatnio w ogóle 😉 Taki dziwny rok mam 😛
    Jeśli chodzi o długie książki, które należy skrócić to mam jedno nazwisko w głowie (ale, może zaraz znajdę coś więcej 😉 – Bonda. Raz, że nie chwytam tego fenomenu, chociaż sporo jej książek czytałam, dwa, uważam, że można je skrócić o przynajmniej połowę, bo akcji tam jak na lekarstwo, chociaż to niby kryminały.
    I tak mi przyszło do głowy, że chyba większą sztuką jest napisać krótką, ciekawą opowieść niż wielkie, opasłe tomisko. Pisać zwięźle, a ciekawie to współcześnie rzadka umiejętność, jakby wydawcy i twórcy się nastawili, że im coś większe, tym lepsze stwarza wrażenie 😉 Jakby czytanie długiej powieści było bardziej nobilitujące.

    1. Marta

      Coś w tym jest chyba, że niektórzy uznają powieść długą za automatycznie “lepszą”… Fenomenu Bondy też nie łapię, jak dla mnie to ona przede wszystkim strasznie słabo pisze – i tak długość chyba jest tego częścią. 😉

  2. Paweł

    Pierworodnego kota XD Też uważam, że opisy drzew na pińcet stron są z dupy. Mam koleżankę, która też pisze bloga o książkach i zawsze się z nią kłócę, jak chwali takie wymysły. Tak, wiele powieściowych cegłówek jest przegadanych, ale literatura faktu często musi być gruba. W zeszłym miesiącu czytałem biografię Hitlera – 1000 stron, nie licząc przypisów i bibliografii. Ciężkie w każdym znaczeniu, chociaż język przystępny. 🙂

Leave a Reply