Powiem wam coś smutnego: zaraz będzie po świętach.

Powoli przestajecie już pewnie śnić o babcinych pierogach, a prezenty spod choinki z wolna stają się częściami waszej codzienności. Za oknem śniegu co prawda ani widu ani słychu, ale temperatura od czasu do czasu spada poniżej zera – ci z bogatą wyobraźnią mogą sobie wtedy wymarzyć wspomnienie zimy.

Coraz bliżej też do końca roku – i dekady – i oznacza to jedną rzecz: najwyższy czas na podsumowania. Też te książkowe.

Nie mogę powiedzieć, żeby w tym roku jakaś książka szczególnie mnie zachwyciła. Na liczniku Goodreads wybiło mi pozycji 85 – ale hej, mamy jeszcze trochę czasu – sporo z tego były to jednak książki lekkie i rozrywkowe, albo z kolei branżowe – starałam się choć trochę w zakresie designu dokształcać. Przejrzawszy swoją listę udało mi się jednak wybrać kilka pozycji z różnych kategorii, które zapadły mi w pamięć – chętnie się dowiem, czy po którąś też sięgnęliście i jeśli tak, to czy mieliście równie pozytywne wrażenia.

Non-fiction

Nie czytałam w 2019 za dużo non-fiction. Zdecydowanie więcej dodawałam do listy do-przeczytania niż faktycznie kupowałam, a w każdym razie z reportaży i literatury popularnonaukowej, czyli rzeczy, które ewentualnie mogłabym komuś polecić – bo z innych trafiły na moje półki pozycje tak eklektyczne jak np. historia szamanizmu w Mongolii czy krótka historia nowożytnej Grecji.

Książką, którą jednak mogę polecić – szczególnie, jeśli chcecie o historii poczytać sobie w wersji light, co chwilę parskając śmiechem albo chociaż prychając pod nosem – są Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko Toma Phillipsa. Pozycja ta została wydana przez wyd. Albatros, a przetłumaczona przez Marię Gębicką-Frąc, i z dużą dozą sarkazmu opowiada o różnych sposobach, na jakie rodzaj ludzki lubi strzelać sobie w stopę. Z armaty. Autor porusza różne dziedziny ludzkich działań, przez niszczenie środowiska i jego konsekwencje po działania wojenne czy kolonializm, przytaczając masę mało znanych anegdot i ludzkich błędów, ale też opisując mechanizmy poznawcze, które do tychże błędów często doprowadzają. Z humorem, lekko i przystępnie – jeśli chcecie się odprężyć, już wiecie jak.

Klasyka

O tej książce pisałam już sporo, również i tutaj na blogu, więc nie będę się o niej rozwodzić – jeśli macie na to ochotę, to możecie o niej przeczytać szerzej tu: [klik – http://postscript.pl/sandemose-springer-i-janteloven/]. Uciekinier przecina swój ślad. Opowieść o dzieciństwie mordercy Aksela Sandemose to świetna powieść psychologiczna, klasyk literatury skandynawskiej, napisana fantastycznym językiem i zdecydowanie warta przeczytania.

Mój nr 2 z książek autorów znanych i podziwianych – bo starałam się trochę w tym roku tej klasyki ponadrabiać – to Historie prawdziwe i wymyślone Borgesa. Sięgnęłam po tę pozycję po przeczytaniu wywiadu z autorem w The Paris Review, i momentalnie zakochałam się w jego stylu. Historie to zbiór opowiadań, z czego niektóre są łatwiejsze, niektóre trudniejsze, absolutną perełką jest natomiast tekst o Minotaurze – i chociażby z nim koniecznie trzeba się zaprzyjaźnić, bo to chyba jedno z najlepszych opowiadań, które przeczytałam w życiu. Z twórczością Borgesa na pewno będę się zapoznawać bliżej, bo choć często nie jest najłatwiejszy w odbiorze, to jest jednym z tych pisarzy, u których zarówno styl, jak i głębia przekazywanych treści dają czytelnikowi wrażenie zaglądania do innego, bogatszego świata.

Fantasy

Odkryciem roku w kategorii fantasy był dla mnie Wegner. Naczytałam się dziesiątek pozytywnych recenzji tego cyklu, ale jakoś nigdy nie sięgnęłam po niego sama – aż do niedawna. Kiedy to w końcu zrobiłam, wsiąkłam – przeczytałam pierwsze cztery tomy w zasadzie jednym ciągiem, i cierpliwie poluję na jakąś promocję na czwarty. Opowieści z meekhańskiego pogranicza to z jednej strony klasyczne momentami fantasy, sięgające po znane motywy i chwyty (szlachetni wojownicy, poświęcenie dla sprawy, etc. etc.), ale z drugiej – opowieść, w której autor niezmiernie sprawnie buduje na tej bazie własny, unikalny świat, dodając do niego ogrom oryginalnych rozwiązań i osadzając akcję w egzotycznych niekiedy dekoracjach. Wegner sprawia, że momentalnie przywiązujemy się do jego bohaterów, a opowiadana przez niego historia choć przypomina odrobinę legendy, w których postacie są rycerskie i idealistyczne, to miesza też je z brutalniejszą odmianą fantastyki w stylu Abercrombiego czy Cooka.

Sci-fi

Children of Time Adriana Tchaikovsky’ego to książka niezmiernie oryginalna. Otóż pewna naukowczyni pragnęła doprowadzić do ponownej ewolucji małp. Problem w tym, że nie wszystko poszło tak, jak powinno, i na pewnej planecie zamiast małp zaczęły w przyspieszonym tempie ewoluować owady… między innymi pająki i mrówki, tworząc własne struktury społeczne, rozwijać własną kulturę, naukę czy religię. Tchaikovsky nie po raz pierwszy wprowadza do swoich powieści inspiracje „owadzie” – jeśli czytaliście któryś z tomów „Cieni pojętnych” to wiecie, co mam na myśli – ale w Dzieciach Czasu autor przechodzi na zupełnie nowy poziom. Szczegółowość i dokładność, z jaką opisywane są zachowania jego nietypowych bohaterów robi ogromne wrażenie, a sposób w jaki budowany jest pajęczy świat, jego historia, narastające konflikty, zmieniające się z upływem czasu społeczeństwa dowodzi, jak niesamowicie dogłębny musiał być research przez Tchaikovsky’ego wykonany. I choć pewnie nie przeczytacie tej powieści, jeśli cierpicie na dalece posuniętą arachnofobię – ja też, dopóki nie wciągnęła mnie fabuła, musiałam siłą woli opanowywać przebiegające po plecach dreszcze – to szczerze zachęcam, żeby się przemóc. Warto.

Young Adult

Przyznaję bez bicia, że książek YA czytam raczej niewiele – prawda jest taka, że zrobiłam się na nie chyba po prostu za stara, i większość z nich sprawia, że wywracam oczami z częstotliwością 5 razy na minutę. Brandon Sanderson jest jednak pisarzem, którego powieść przeczytam każdą – i tak samo nie zawiodłam się przy *Skyward (*u nas wydanego jako Do gwiazd i przetłumaczone przez Zbigniewa A. Królickiego, z okładką swoją drogą jakoś pięć razy brzydszą, niż okładka oryginału).

Spensa – młoda bohaterka – jest mieszkanką planety, w której ludzkość mieszka w większości pod ziemią, jej powierzchnia jest bowiem nieustannie atakowana przez obcych – Krellów. Dziewczyna pragnie zostać pilotką – członkinią grupy bohaterskich obrońców, ciąży na niej jednak historia ojca – który, jak powszechnie się wierzy, krótko przed tym, jak został zestrzelony, zdezerterował i zaczął uciekać przed wrogiem. W odróżnieniu od wielu bohaterek i bohaterów tego typu powieści, Spensa, choć uzdolniona, nie uczy się pilotowania momentalnie – jest arogancka, popełnia błędy, momentami poważne, i wcale nie jest jej łatwo osiągnąć swoje cele. A Sanderson, jak zawsze, pisze w sposób, który sprawia, że od czytania nie sposób się oderwać – i tworzy fascynującą, barwną historię pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji.

Romans

Jeśli żyjecie chociaż po części w Internetach, i nie słyszeliście jakimś cudem o Red, White & Royal Blue Casey McQuiston, to nie wiem, w jak głębokiej grocie musieliście żyć przez ostatnie pół roku. Książka amerykańskiej autorki wzięła szturmem większość list bestsellerów, i nic dziwnego.

Red, White & Royal Blue to romans LGBT – obserwujemy tu historię syna amerykańskiej prezydentki, Aleksa, i brytyjskiego księcia Henry’ego. Choć oryginalnie dość mocno za sobą nie przepadają, to nieprzyjemny incydent na dyplomatycznym bankiecie zmusza ich do udawania przyjaźni, aby nie zaprzepaścić szans na reelekcję matki Aleksa. Przyjaźń ta, na początku fikcyjna, naturalnie szybko zmienia się w przyjaźń prawdziwą, a potem w coś więcej…

Brzmi, sami powiedzcie, jak fabuła fanfika, albo opowiadania stworzonego przez 14-latkę o romantycznej duszy, a nie wydanej faktycznie powieści, ale nie – Casey McQuiston wzięła tę nieco sztampową fabułę, a potem napisała tę historię dobrze, wplatając w nią też wątki takie jak traktowanie imigrantów w USA, wyciekające rządowe mejle i nie tylko. Całość jest niesamowicie urocza, a cukier praktycznie krystalizuje się samoistnie momentami na kartach powieści.

Kryminał

Rzadko wciągam się w jakieś serie tak, jak wciągnęłam się w City of the Lost Kelley Armstrong. Liczy sobie ona obecnie cztery tomy – następny ma być wydany w przyszłym roku – i są to jedne z najlepszych kryminałów, jakie zdarzyło mi się czytać. Przede wszystkim nietypowe jest tu miejsce akcji. Jest to Rockton, miasteczko w odległej, kanadyjskiej głuszy, którego oficjalnie nie ma – a jego faktyczne istnienie finansowane jest przez bliżej niezidentyfikowaną Radę. Do Rockton trafiają ludzie, którzy muszą zniknąć – w dużej części przestępcy finansowi czy złodzieje, ale też np. kobiety uciekające przed przemocowymi partnerami. Teoretycznie nie są tam przyjmowani ci, którzy przestępstwa popełnili poważniejsze – jak gwałty czy morderstwa – ale, jak szybko się okazuje, jest to jedynie teoria… A kiedy jeden z mieszkańców Rockton zostaje zamordowany, na miejsce sprowadzona zostaje Casey Duncan – detektyw wydziału zabójstw, która sama ma niemało na sumieniu.

I to by było na tyle.

W przyszłym roku, kiedy skończę już wreszcie nierówną walkę z magisterką, powinnam mieć na czytanie czasu nieco więcej – więc mam nadzieję dołożyć do półeczki „przeczytane” trochę więcej pozycji, niż w tym. Czytaliście którąś z książek powyżej? A może coś innego wpadło wam w tym roku w oko?

Poniżej jeszcze kilka wygrzebków, jeśli macie ochotę na poprzeglądanie fajnych okładek i innych zestawień. A poza tym, życzę wam jak najfantastyczniejszego Nowego Roku – i oby był lepszy, niż ten dotychczasowy. 😉

Wygrzebki

Najlepsze plakaty filmowe 2019 roku według Indiewire.

Najlepsze okładki książkowe według:

Najlepsze książki 2019 roku, wybrane przez pisarzy – The Guardian.

Marta

Marta

Graficzka specjalizująca się w projektowaniu książek, studentka językoznawstwa, rysowniczka. Pasjami czyta fantastykę i sci-fi, nie pogardzi dobrym reportażem, kryminałem, czy literaturą popularnonaukową. Z uporem maniaka analizuje rzeczy.

Leave a Reply